ERIPE – Serial Killers (Ptokalipsa)

Bardzo trudno o jednoznaczną ocenę „Serial Killers” – płyty o niecodziennym, świeżym w kontekście polskiej sceny koncepcie i… dosyć przeciętnej jego egzekucji. Sprawy nie ułatwia fakt, że raper przybiera tutaj pozę twórcy poszukującego, a ja nie mam pojęcia, czy należy ten projekt rozpatrywać w ramach jednorazowego wyskoku, czy też krążek zwiastuje nadejście zupełnie nowego, newschoolowego, Eripe.

Krakowianin w krótkim czasie zgromadził wokół siebie grono oddanych słuchaczy, usadawiając się gdzieś pomiędzy mainstreamem a podziemiem. Do tego pierwszego przystawał jakością i nienaganną techniką, z undergroundem łączyło go natomiast podejście i jakiś etos pracy. Nie wyobrażam sobie usłyszeć tamtego Eripe w radiu, chociaż z całą pewnością mógłby się tam – po pewnym złagodzeniu lirycznego przekazu – znaleźć. Właściwie… może to i miejsce na wyrzuty, bo przykład Słonia pokazuje, że wyniesienie miłości do wszelkiego brzydactwa na większe sceny jest realne bez utraty twórczej wiarygodności. To zresztą, wydawałoby się, naturalna kolej rzeczy w przypadku artystów ponadprzeciętnych, nieważne, że w swoich wersach babrających się w brudach. Mainstream uporczywie zasysa co ciekawszych reprezentantów wszystkich odmian rapu – i nie tylko – co niekoniecznie jest zjawiskiem złym. To jak oddzielenie ziarna od plew, ustawienie w świetle fleszy tych, którzy na to zasługują – czy to rapowych hedonistów, czy uliczników, czy dojrzałych ojców (tak, mam na myśli Kękę), czy… grabarzy.

Tylko – no właśnie – czy Eripe rzeczywiście tak mocno wyróżniał się na swoim poletku? I czy wrzucanie jego starszych płyt do wora z napisem „horrorcore” ma większe uzasadnienie? Jasne, kontekst brudu i zapach nieświeżego trupa od czasu do czasu przewijały się w tych wersach, ale o tworzeniu jakiejś spójnej historii czy – idąc krok dalej – zwartego, trzymającego za gardło albumu nie było mowy. „Chamskie rzeczy”, czyli nielegalny debiut Eripe, mimo niedoskonałości produkcji i braku jakiegoś szerszego konceptu, mógł zachwycać momentami wartkiego, wciągającego storytellingu, tylko, że momenty do dzisiaj pozostały momentami. Ba, z czasem coraz mniej było błyskotliwych, zamkniętych w trzech minutach, opowieści, a więcej usilnego szukania wrogów i wieszania psów na całej scenie.E

„Serial Killers” jest – przynajmniej w założeniu – projektem nietuzinkowym, przynoszącym pomysł oparcia poszczególnych numerów na bitach zaczerpniętych z szeroko pojętej współczesnej popkultury; filmów i seriali TV. Ci, którzy liczyli na klimatyczne tracki, pełne nawiązań i spójne w swojej różnorodności, będą jednak zmuszeni obejść się smakiem. Obok Rusta Cohle radośnie bujają się tutaj Flinstonowie, Janusz Tracz czy medycy z Leśnej Góry (poważnie!), swoją obecnością poddając w wątpliwość zasadność nagrywania takiego kuriozum. Powyższy kontrast wiele mówi o całym „Serial Killers”, bo gdyby okroić ten materiał o połowę, powstałby zbiór piosenek bez słabszych punktów. A tak? Swoją zwrotką zjada tę płytę Bonson, przeżuwa Hase (raz jeszcze udowadniając, że za chwilę będzie absolutnym topem w tej grze), pozytywnie zaskakuje Solar, którego solowej twórczości nie trawię, ze świetnej strony pokazują się także Sarius i Oxon. Pomijając już anomalie w rodzaju „Yabba-Dabba-Doo!” czy „Dotknij mojego megazorda”, tyle samo na tej płycie błysku, co zwyczajnej przeciętności. Eripe bawi się formą i brzmieniem, eksperymentuje ze śpiewanymi refrenami i autotunem, zmian w samym stylu jednak nie odnotowałem – w zasadzie to nic dziwnego, to nie na tym polu brakowało. Rzecz w tym, że nadal nie ma w tym pomysłu; ta płyta mogła przynieść w tej kwestii przełom – owszem, zaskakujący, bo flirtujący z popkulturą, a nie z horrorem – ale przełom. Być rzeczą spójną i intrygującą od pierwszej do ostatniej sekundy. Jest tymczasem ciekawostką z kilkoma naprawdę dobrymi numerami i kilkoma koszmarkami. Co gorsza, w najlepszych z tych piosenek górują zaproszeni goście; Eripe po prostu nic nie psuje. To trzy sprawy, które najbardziej mnie w jego przypadku uwierają: brak jasno zarysowanego pomysłu na siebie, dalej – jakaś taka oschłość wypowiedzi, wyzbytej z jakichkolwiek emocji, wreszcie: brak błysku, którym w każdej chwili mogą zaskoczyć gracze z pierwszej ligi, tacy Bonson czy Sarius. Dopóki nie uzupełni tych deficytów, nie będzie mógł z dłonią na sercu powiedzieć, że nie chciał do mainstreamu. Na razie to mainstream obojętnie wzrusza ramionami.

Adam Gościniak

Trzy