EREB ALTOR – Nattramn (Cyclone Empire)

W przypadku nowej płyty Ereb Altor odczuwam drobny dyskomfort, ponieważ ostatni raz bawiłem się w rytm muzyki Szwedów po wydaniu ich drugiego albumu – „The End”. Od tego czasu zespół zdążył wydać dwie kolejne płyty („Gastrike” i „Fire Meets Ice”) i wpleść w swój hołd dla Bathory dużo więcej black metalu, rezygnując przy tym z podniosłych riffów znanych fanom formacji raczej z twórczości Isole, drugiego z zespołów, któremu dyrygują Mats i Ragnar. Ale w sumie trudno spodziewać się, że panowie będą mieli ochotę grać to samo w dwóch, różnych kapelach.

To nie jest tak, że na „Nattramn” nie ma epickiego metalu, mielących z wolna gitar i unisono głosów muzyków. Jest tego po prostu dużo mniej niż w przypadku dwóch pierwszych krążków i każdy, kto rozstał się z Ereb Altor na pięć lat, bez trudu to wychwyci, nawet jeśli „The Son of Vindsvalr” wprowadza niesamowity klimat tuż przed wypełnionym melodiami monumentalnym „Midsommarblot”. Wygląda to niemalże jak ukłon w stronę starszych fanów, bo już od trzeciego na liście utworu tytułowego czerń zaczyna wylewać się z głośników o wiele wyraźniej, przytłaczając momentami epicką stronę viking metalu. Szkoda, że w tej mieszaninie zdarzyło się Szwedom popaść w przeciętność, bo ani rozwlekły i nieco mdły w partiach gitar „The Dance of the Elves”, ani atakujący groove’em „Dark Waters” specjalnie nie podnoszą mi ciśnienia i z przyjemnością przechodzę do bliższego starym utworom, otwartego udaną solówką „Across the Giants Blood”. Więcej tu po prostu apokaliptycznego klimatu, który zlewa się z esencją viking metalu – charakterystyczną melodyką i riffami. Choć z drugiej strony muszę przyznać, że agresywna, pozbawiona nachalnego podkładu klawiszy praca gitar i bębnów w „The Nemesis of Frei” zestawiona z niezwykłym klimatem cody stworzonej przez nieprzesterowane dźwięki gitary robi niezłe wrażenie i koniec końców, całkiem przyzwoicie wpasowuje się w muzykę Ereb Altor. Szkoda tylko, że jest to chyba jedyny chlubny przykład mariażu riffów spod znaku nordyckiego wcielenia Bathory i black metalu. Nawet jeśli uważam, że chropowaty growling nie do końca współgra z naprawdę mocnymi i czystymi głosami muzyków.Ereb band

Z pewnością jest na „Nattramn” za dużo klawiszy, które rozwadniają klimat, choć do poziomu Cepelii jest jeszcze dość daleko. Dużo efektowniej wypadają oszczędne zagrywki gitary niż ciągnące się jak flaki z olejem pasaże keyboardu, niemal nieustannie wyjące w głębokim tle epickich riffów. Nie do końca cieszy mnie także pewne niezdecydowanie zespołu, który momentami próbuje być czarny, nawet jeśli gros jego muzyki to dźwięki Wikingów, których nie powstydziłby się sam Quorthon w czasie wydawania jedynki „Nordland”. Bo tak naprawdę tylko „The Nemesis of Frei” zdaje egzamin z łączenia ognia z lodem, jak podobno chcieli muzykanci już na poprzednim albumie. Na razie wychodzi im to na pół gwizdka.

Dooban

Trzy i pół