EPICA – The Quantum Enigma (Nuclear Blast)

Jego redakcyjni koledzy z uznaniem wyrazili się o długości dystansu jaki musiał przebyć, by po ckliwych metalizmach wreszcie zrecenzować muzykę z krwi, ścięgien i kości, broczącą z ostatniego albumu Autopsy. Gdy już obwieszczono wszem i wobec przemianę chłopca w mężczyznę ze wszystkimi jego atrybutami, ten uśmierca ich nadzieje tym, co stanie się za wersów kilka. A zatem ciszej nad tą trumną z mężczyzną w środku, bo Epica gra.

Oto patogeneza tego symfoniczno-metalowego wirusa. Rozwija się u osobników ze skłonnością do popadania w patos, przedkładających fikcję i kreację nad rzeczywistość. Osoby starsze stanowią pożądane środowisko wylęgowe z uwagi na postępujący z wiekiem i kształtujący się wraz ze świadomością przemijania sentymentalizm, który odwołuje się do przeszłości, gdzie najbezpieczniej czują się smoki i dyrygenci przykościelnych chórów chłopięcych. Choroba najszybciej rozwija się w organizmach ludzi młodych, wciąż wierzących w rozwiązującą problemy tego świata moc wiary, nadziei i miłości.

„The Quantum Enigma” to apoteoza powyższych emocji, to światło, energia, radość i świeżość. „Quantum” to niegościnne miejsce dla poszukiwawczych mielizn, wolne od niezdecydowania i nieskładnego eklektyzmu znanego z „Design Your Universe”. Zespół od pierwszej do ostatniej minuty zieje ogniem na jednym, ustabilizowanym wydechu. Tu wszystko wyciągnięto na 11: mocniej, szybciej, bardziej żywiołowo, zachowując przy tym (co nie zawsze udawało się wcześniej) lekkość wyrazu i pamięć o tym, że mazgaje i fani Celin Dion chcą czasami usłyszeć folkową melodyję, którą można by nucić wespół z Williamem Wallace (bombastyczny refren „Natural Corruption”). Ożywczo i rasowo brzmią metalowe fragmenty spod znaku rzeczonego Dimmu czy nawet deathcore’owego The Faceless – Mark Jansen nie growluje już jak najsłabszy uczeń Vintersorga, a gitary wydają się znowu koniecznym dopełnieniem symfonicznej formy, a nie wyrazem tęsknoty za karierą w prawdziwie metalowym zespole. Covenantowy kabaret gitary w „Chemical Insomnia” w subtelny sposób zaprawia słodycz kroplą soku z cytryny, a mocarne chóry złożone z piętnastu wokalistów uwznioślają muzykę, gdy ta próbuje być bardziej przyziemna („Victims of Contingency”). Konia z rzędem i nabitym rewolwerem temu, kto znajdzie lepiej skonstruowany formalnie utwór symfoniczno-metalowy niż „The Essence of Silence”, kto wcześniej zaznał przyjemności usłyszenia piękniej harmonizujących damskich wokali, niż te z końca refrenu „Omen”.Epica band

Na „The Quantum Enigma” usłyszycie wszystko to co potrafi Simone Simons w wersji maxi deluxe. Jej operowy głos, urzekający śpiewnością i lekkością, wykorzystywany jest sporadycznie, co jeszcze bardziej potęguje efekt podniosłości muzyki. Miękka barwa głosu Simone, wyostrzona współczesnością (echa „Papa Don’t Preach” Madonny w „Sense Without Sanity”), urozmaicona rozedrganym timbrem Annie Clark z projektu St. Vincent (utwór tytułowy), nabrała zdecydowania, naturalności i szczerości. Wokalistka wreszcie nie stara się być „jakaś”. Jeśli wcześniej podejmowała próby dyskretnego wcielenia się w rolę szeherezady, wampa lub smutnej księżniczki z wieży, tak dzisiaj jej głos pozostaje wolny od kreacji, pojawia się, by z serca nieść tekst i uskrzydlać nawet najmniej lotny riff. To dziewczyna, która bez feministycznego zadęcia i taniego epatowania seksapilem potrafi swoim urokiem i talentem postawić się poza postawą „pokazać facetom”.

„The Quantum Enigma” wydaje się być albumem mniej odważnym od wydanego dwa lata temu „Requiem For The Indifferent”. Dobrze się jednak stało, że zespół poświęcił na ołtarzu sztuki miękki eksperymentalizm na rzecz twardego rzemiosła najwyższych lotów, różnorodność błądzących pytań na rzecz jednej, szczerej odpowiedzi. Dlatego gdyby jakaś zbłąkana duszyczka zapytała mnie „co to jest ten symfoniczny metal”, wyczerpująca odpowiedź zawierałaby się w tych trzynastu piosenkach. Epica jest tu i teraz, a „tu i teraz” jest lepsze, niż najpiękniejsza fikcja.

Kuba Kolan

Sześć