EPHEL DUATH – On Death And Cosmos (Agonia Records)

Zdecydowanie nie jest to zespół na Euro 2012. Za długie numery, zbyt pokręcone i do piwa się nie nadają. Przyśpiewek z tego nie wykroisz, że o hymnie nie wspomnę. Jeśli jednak ktoś zamiast koko koko czy innych debilizmów woli muzę z ambicjami, spieszę donieść, że po lekkim zachwianiu na płycie „Through My Dog’s Eyes”, Włosi powracają na właściwe ścieżki za sprawą nowej ep – ki, puentującej kontrakt z rodzimą stajnią i zwiastującej muzykę wymykającą się klasyfikacjom.

O tym, że krytyka jest bezradna wobec Ephel Duath, możemy się przekonać, sięgając do zasobów Encyclopaedia Metallum. Włosi są tu opisywani jako progressive – post – black metal i avantgarde – jazz metal. Brakuje jedynie country i disco polo. Porzucam jednak zgryźliwości, bo sam wobec nowej ep – ki jestem troszkę bezradny. Jako człek beznadziejnie zakochany w szufladkach, słucham tych trzech kawałków z niezłym bólem w tyłku – jak to ugryźć? Jak opisać, żeby nie wyjść na głupka tylko wielce światłego pana krytyka? Nie wiem…

W stosunku do poprzedniej płyty, gdzie dominowały krótsze formy, nowe utwory to kolosy, sięgające siedmiu minut. Nie znaczy to jednak, że Włosi upchnęli w nich cały bagaż artystycznych doświadczeń. To raczej swobodne i przestrzenne łączenie kilku płaszczyzn, w których, co chyba oczywiste, najbardziej daje znać o sobie metalowa przeszłość zespołu. Gitarzysta Davide Tiso (lider i jedyny stały członek kamandy…) jak ognia unika jednak twardego akcentowania w obrębie riffu, przez co partie gitarowe stają się pięknie rozwlekłe, gdzieś tam ocierające się o psychodelię i awangardowe dźwięki (tak, zaczyna się …), smakowicie lawirujące między rytmicznym szkieletem. W wielu miejscach mam wrażenie, że jedynie rytm jest tu oczywisty i zaplanowany a reszta to tylko swobodne, na wpół improwizowane dźwięki. Rozumiem, że ów luz wynika z niezobowiązującej formy ep – ki, traktowanej jako swego rodzaju zasygnalizowanie nowego kierunku. Już jestem ciekawy, co wyniknie z tego na pełnej płycie.

Oczywiście, są w tych numerach miejsca, które szczególnie chciałbym polecić, zarówno słuchaczom, jak i zespołowi, co by pamiętał o nich podczas komponowania kolejnych songów. Np. fajna, jazzowa końcówka „Black Prism” i świetne, melancholijne wokale w tymże, rewelacyjny, post rockowy wstęp do „Raqia” czy rozjechany, gitarowy temat wałkowany w „Stardust Rain”. To tylko małe fragmenty, wyjęte z tych niespełna dwudziestu minut. Ephel Duath gwarantuje dobrą zabawę, muzykę niejednoznaczną, miejscami ocierającą się faktycznie o black metal (w tym temacie rządzą głównie ortodoksyjne partie wokalne…) i wszelkiego typu dziwactwa z przedrostkiem „post”. Nie muszę wspominać, że Tiso – jak zwykle – zatrudnił niezłych wyjadaczy (Steve DiGiorgio!!  Karyn „najdłuższe dready” Crisis!!), co fach znają i potrafią wycisnąć z instrumentów rzeczy intrygujące. Jest to też płytka, do której trzeba się „przyłożyć”, bo nie ma tu żadnego, specjalnie chwytliwego tematu; sam bardzo szybko porzuciłem szukanie takich, przebojowych punktów zaczepienia. Przebojem jest tu niewątpliwie sama forma i rozmach, z jakim Włosi wykonują te kompozycje.

„On Death And Ciosmos” to druga po „The Painter’s Pallette” z 2002 roku płyta Ephel, która mnie zaintrygowała. Rzecz zdecydowanie z gatunku dźwięków do „słuchania i celebrowania”, w sam raz jako odtrutka na biało-czerwoną, futbolową zarazę.

Arek Lerch