ENTOMBED A.D.  – Dead Dawn (Century Media)

Dawno już oswoiłem się z tym, że nowe albumy zespołów, których słucham od kilkunastu lat wywołują u mnie raczej wzruszenie ramion niż strzał adrenaliny. Osobliwie ta reguła odnosi się do death metalu i zespołów, których wczesne nagrania żłobiły kanon gatunku. Czas i starość przetrąciły już kolana Deicide, przytępiły zmysły At The Gates, a z Carcass uczyniły zwłoki podtrzymywane przy życiu przez maszynę. Przyszła zaś i kolej na Entombed (A.D., jeśli to ma jakieś znaczenie), którym transfuzja świeżej krwi nie dostarczyła świeżych pomysłów. „Dead Dawn” jest jak kolejne spotkanie rodzinne, na którym pijany wujek w nieświeżej koszuli opowiada tę samą kombatancką anegdotę sprzed lat udając, że nic się nie zmieniło i jego życie wciąż wygląda tak, jak „we wojsku”. Wszyscy przy stole kiwają głowami z politowaniem, ale każdy widzi jak jest. 

Tabloidowe zawirowania wokół zespołu (czy też nazwy) Entombed rozłożono w ostatnich latach na czynniki pierwsze i każdy, kogo to w jakimś stopniu interesuje, ma swoje zdanie na ten temat. Ale to tak naprawdę nieważne, że Alex Hellid zabrał nazwę, a Petrov nagrywa z sidemanami z łapanki coś, co jest albo i nie jest  zespołem Entombed. Gorzej, że Hellid razem z papierami prawdopodobnie zawinął mandżur z dobrymi riffami, a nowy skład nie dostarczył sensownego zamiennika. „Dead Dawn” to kolejna po Back To The Front płyta, która ogranicza się do maglowania stylistyki z „Inferno” i „Serpent Saints” w sposób sugerujący, że nowe piosenki mają być raczej „grane w naszym charakterystycznym stylu” niż zwyczajnie „dobre”. A przecież Entombed to zespół, który zawsze żył – zmieniał skład, rozpychał kolanami i łokciami sztywną formułę ekstremalnego grania, twórczo zapłodnił „szwedzki” death metal i sporą część współczesnego podmetalizowanego hardcorepunka. W swoim czasie porwali się nawet na noise rocka, co uczyniło z nich pariasa dla wszystkich poza red. Lerchem i niżej podpisanym. Tamtego zespołu już nie ma, a bohaterowie są zmęczeni, liczą każdy grosz i mają marskość wątroby. Wszystko to rozumiem, nawet wygrzewanie się w blasku nazwy i cudzego geniuszu sprzed dwóch dekad. Niestety, traci na tym muzyka, a nowe kawałki brzmią jak wyplute z generatora. Z „Dead Dawn” jest taki „death’n’roll” jak „świnka morska” albo „lewicowy liberał” – nie ma tu ani deathmetalowego wyziewu, ani rockowej energii. Jest wypracowany styl, jest rozpoznawalne brzmienie i pewnie znajdą się tacy, którzy zachwycą się, że Entombed taki konsekwentny, taki wierny sobie. Tylko co z tego, jeśli brakuje choćby jednego dobrego kawałka, który wybijałby się ponad jednolitą, anemiczną masę słabych zagrywek i irytującego, manierycznego ryku bezzębnego niedźwiedzia? ENTOMBED A.D.

I tak naprawdę wszystko jedno kto gra. Gdyby dobry album Entombed nagrał Petrov razem z Lady Gaga, Kayne Westem i Popkiem, piałbym z zachwytu nad rewelacyjną formą jednego z moich ulubionych zespołów – nieważne czy A.D., B.C. czy PKO. „Dead Dawn” wpisuje się w trend wyznaczany przez „At War With Reality” i Surgical Steel, na których wielkie zespoły nieudolnie wałkują „swój styl” ku uciesze okrzepłej publiki złożonej z ich równolatków. Umyka im najwyraźniej ta prosta prawda, że na szczyt wspinali się dzięki muzyce, która poszukiwała, łamała zasady i nie schlebiała fanom. Jeśli dziś wystarczy wydać cokolwiek i ruszyć z tym w trasę aby zapełniać hale i duże kluby, to nowy album Entombed A.D. swoje zadanie spełni. Raczej nie będę do niego wracał, ale nie czuję żalu, że zepsuł mi on idealny obrazek jednego z „zespołów życia”. „Wolverine Blues” ani „Uprising” nie stały się gorsze przez fakt wydania „Dead Dawn”, ale też uczciwie trzeba sobie powiedzieć, że i „Dead Dawn” nie staje się lepszy dzięki obrośniętej kultem nazwie. Szkoda życia na zaciemniające rzeczywistość sentymenty. Słaba płyta pozostanie słabą płytą, a dobrego death metalu jest dziś wystarczająco dużo, by nie zawracać sobie nią głowy.

Bartosz Cieślak

Dwa