ENTHRONED – Obsidium (Agonia Rec.)

Black metalowa żmija jest jak piołun na języku. Nie powinna wywoływać szczęścia i błogiego uśmiechu. Bo jeśli tak jest, znaczy, stała się wytresowanym zwierzęciem, częścią pop kultury i należy ją omijać szerokim łukiem. Takie zapewne myślenie przyświecało Belgom podczas tworzenia dziewiątej już płyty z kolejnymi bluźnierstwami, regularnie i niestrudzenie rzucanymi w tę jaśniejszą stronę.

Black metal Enthroned jest bardzo wyrazisty. Trochę tak, jakby zespół chciał podkreślić swoją tożsamość i jeszcze bardziej wyrysować kontury, żeby nikt przypadkiem nie posądził ich o zbaczanie z kursu. To podkreślanie ma zapewne wzmocnić poczucie własnej wartości, szczególnie, kiedy ma się ochotę na lekkie rozszerzenie muzycznej percepcji. Nie znaczy to jednak, że „Obsidium” jest w jakimkolwiek punkcie odstępstwem od dawno narzuconego planu. Wręcz przeciwnie. To nadal esencja black metalowej szczerości i czystości. Z drugiej jednak strony zespół odkrył melodię i stara się ją przemycać w gorzkich riffach, choć nadal o bardzo korzennej, skandynawskiej wibracji. Pojawiają się delikatne, symfoniczne odniesienia, np. w „Oblivious Shades”, gdzie teatralna wstawka w środku numeru zmienia dramatycznie jego charakter. Podobnie jest w „Sacramentum – Obsidium”, gdzie obok drobnych, symfo – wstawek jest i miejsce na niemal rytualne inwokacje. Ale Belgowie wiedzą też, jak zagrać nienawistnie, po norwesku, tak jak w „The Final Architect”.

Grupa wie, jak wykorzystać swoje niemałe umiejętności, jednak mam nieodparte wrażenie, że chęć przeskoczenia własnej – że tak „pojadę” kolokwialnie – dupy, powoduje, że zaczynają działać histerycznie. Bo syndromem takiej teorii jest na „Obsidium” próba obdzielenia wszystkich niemal kawałków po równo zwolnieniami, blastami, wyciszeniami itp. Skutkiem czego, gdzieś po trzech, czterech numerach z niecierpliwością zaczynamy czekać na kawałek, który od początku do końca przywali po ryju blastem, albo przejedzie walcem. A tu nic – wszystkiego po trochu, po równo, wymieszane i poskładane. Dlatego im bardziej wsłuchiwałem się w ten krążek, tym bardziej nie byłem pewien, czy mam do czynienia z geniuszami czy z zespołem, który nie może sobie poradzić z własną tożsamością. Podkreślam jeszcze raz – płyty słucha się dobrze, głównie ze względu na bagaż klasycznych kompozycyjnie riffów, które nie pozostawiają złudzeń co do intencji autorów. To ważne, bo gdyby dodatkowo zespół cierpiał na zaniki świadomości, byłaby już katastrofa. A tak jest dobrze. Tylko dobrze, bo po tylu latach chciałoby się więcej nieco. Czyli mniej.

Arek Lerch 4/6