ENSNARED – Dysangelium (Dark Descent)

Zdaję sobie sprawę, że mogę podpaść niektórym wojującym kucom, ale ostatnimi laty death metal przeżywa, mówiąc delikatnie, lekki kryzys. Scenie ewidentnie brakuje fermentu, a za najlepsze wydawnictwa uznaje się te, które mniej lub bardziej hołdują klasykom sprzed dwudziestu pięciu lat. Brakuje świeżej krwi, a przy tym, z nielicznymi wyjątkami w postaci choćby Immolation czy Incantation, zawodzą też najwięksi. Przyznaję, nieszczególnie też śledzę to, co dzieje się na tej scenie, ale ciężko oczekiwać, by pod warstwą zgnilizny skrywało się wiele dobrego. Czasem jednak uda się trafić na jakiś krążek, którego słuchanie nie jest przynajmniej stratą czasu. „Dysangelium”, można powiedzieć, jest właśnie takim krążkiem.

Długogrający debiut Ensnared to wręcz definicja pojęcia „solidny album”. Doskonale słychać, że Szwedzi to kumaci goście i bez cienia żenady potrafią czerpać inspiracje od najlepszych. „Dysangelium” to materiał przesiąknięty duchem oldskulowego szwedzkiego death metalu, ale przy tym całkiem sowicie przyprawiony wczesnym Morbid Angel. Wystarczy zresztą rzut oka na fotografię zespołu – od razu widać, że chłopaki urodzili się o jakieś trzydzieści lat za późno. Muzycy bardzo fajnie operuję sprawnym rzemiosłem, z jednej strony trzymając w ryzach instrumentalny onanizm, z drugiej pokazując, że grać po prostu potrafią. Najważniejsza na „Dysangelium” jest jednak bardzo pierwotna wściekłość, której często tak naprawdę brakuje wielu death metalowym krążkom. Zespół nie zapomina przy tym, by dać chociaż trochę oddechu – w tej roli nieźle sprawują się poutykane pomiędzy „regularnymi” kompozycjami interludia, które trudno jednak nazywać typowymi zapchajdziurami. Właściwie, są to całkiem klimatyczne, pełnoprawne instrumentalne utwory, dobrze spełniające funkcje swoistych łączników między kolejnymi atakami. A przyznać trzeba, że chłopaki z Ensnared potrafią zagrać intensywnie i, mówiąc kolokwialnie, raczej się w tańcu nie pierdolą. Może warto się z tym death metalem przeprosić?E

Z drugiej strony, tak jak mówiłem, „Dysangelium” to przede wszystkim chwalebne, a owszem, ale jednak nawiązanie do tego, co było. Oczywiście, wzorce są słuszne, ale odnoszę wrażenie, że Ensnared nieco brakuje własnego charakteru. Z pewnością debiut grupy sprawi mnóstwo radości fanom Morbid Angel, niemniej trudno wyzbyć mi się poczucia, że „Dysangelium” to niejako zlepek podpatrzeń. Powiecie – debil z ciebie, Fryga, dopiero co za to samo chwaliłeś Voidhanger, a tu się typie czepiasz na siłę. Może na siłę, może nie na siłę – prawdą jest, że w konwencji, w której obraca się Voidhanger, poszukiwanie innej drogi byłoby tylko autostradą do spieprzenia albumu, a w przypadku Ensnared poszerzenie palety inspiracji mogłoby jednak ten album wywindować wyżej.

W każdym razie, lepsze takie Ensnared niż kolejne popłuczyny po Krisiun czy innym Hate Eternal.

Michał Fryga

Cztery