ENSLAVED – RIITIR (Nuclear Blast)

W okolicy 1993 r. usłyszałem pierwsze nagrania tej młodej, norweskiej hordy na splicie, z równie obiecującym zastępem naładowanych nastolatków z Emperor. Choć oba akty skosiły mnie na zawsze, to tym razem poświęcę uwagę dryblasom z zachodniego wybrzeża Norwegii. Pamiętam całkiem dobrze noc, gdy nagle cała impreza przestała mieć dla mnie znaczenie i mimo zamroczenia procentami, zamknąłem się sam w oddzielnym pokoju. Osłupiały po tym, co usłyszałem z głośników, bez mrugnięcia powieką, w totalnym skupieniu słuchałem na wdechu te niesamowite nagranie – może nawet wytrzeźwiałem z wrażenia.

Wielkość Enslaved od tamtej pory absolutnie nigdy nie opuściła tej grupy na przestrzeni tylu lat i tylu płyt. Nie ma sensu rozwodzić się nad  niesamowicie bogatą i długą dyskografią wikińskich muzyków. Jedno jest pewne – Enslaved nigdy nie zawiódł, nigdy nie nagrał płyty średniej, przeciętnej a już na pewno nie nudnej. Na dzień dzisiejszy formacja jest w doskonałej formie i z tą samą młodzieńczą witalnością wystrugała kolejne, muzyczne arcydzieło. Pomijam celowo już sam fakt, że wypracowali swój własny patent na łączenie black metalowych harmonii z psychodelicznymi pasażami zaczerpniętymi od najlepszych kapel rockowych (z czasów młodości naszych rodziców; przynajmniej moich, czyli 60-ych i 70-tych). Ta udana symbioza definiuje klasę samą dla siebie w jakiej śmigają muzycy z Bergen. Fani ostatnich dokonań może nie do końca będą zaskoczeni tym co usłyszą, ale nie ma żadnych wątpliwości, czy Enslaved chciałoby nagrać kolejne części znakomitej „Axioma Ethica Odini”.

Fantastyczne, pulsujące bogactwem stylistycznym i kolorytem dźwiękowym utwory, stanowią razem i oddzielnie niezależne, kompletne i świetnie wyważone hity. Nie potrafię wskazać mocniejszych akcentów; wierzcie lub nie, ale całości, choć może wydawać się nieco za długa (ponad 60 minut), słucha się jakby czas stanął w miejscu. Nie jest to może ta sama furia znana z pierwszych płyt, ale widać, że dzięki doświadczeniu ekipa Ivara Bjornsona i Grutle Kjellsona okrzepła, a już na pewno znalazła swoją tożsamość. Charakterystyczne, surowe patenty (znane do czasów demo) idealnie komponują się z epickimi odjazdami, nad którymi rewelacyjnie unosi się delikatny śpiew klawiszowca Herbranda Larsena. Zadziwia lekkość z jaką łączą pozornie odległe sobie gatunki muzyczne, tworząc z nich nierozerwalną całość.

Nie jestem recenzentem, który potrafi opisywać analitycznie poszczególne utwory, rozkładając je na czynniki pierwsze. Uwierzcie moim słowom, że to pewien rodzaj magii, która zakrada się ukradkiem i trafia prosto w trzewia, a potem intensywnie infiltruje percepcję, całkowicie uwalniając niesamowicie żywiołową energię. Enslaved nagrał wspaniałą, chwytliwą, ujmującą płytę i w tej materii nic nie zmieni mojej opinii. Oczywiście, warte odnotowania są też bardzo dobre teksty i czarująca grafika albumu.

 

Sławomir Nietupski