ENSLAVED – E (Nuclear Blast)

Kto by się spodziewał, że album pełnymi garściami czerpiący z progresywnego dziedzictwa okaże się tym, do którego w ostatnim miesiącu będę wracał niemalże najczęściej. Nie ukrywam, że nie spodziewałem się po tym krążku wiele, jako, że nigdy szalikowcem Enslaved nie byłem, a etykieta „prog” śni mi się po nocach. Tymczasem „E” okazała się być płytą wysmakowaną, ale nie artystowską; zawiłą i złożoną, choć niezapominającą o metalowej motoryce i wgryzających się w mózg słuchacza refrenach. Może tylko tej sierści odrobinę za wiele…

G: Mówiłeś, że nie lubisz prog metalu. A tu proszę: nie dość, że w tle słychać echa dawnego viking – black metalowego Enslaved, to panowie znacząco wykraczają poza typowe dla tego nurtu brzmienia. Im lżej grają, tym ciekawiej brzmią.

A: Ba, ja progresji wręcz nie znoszę! Ale czy jest w tym fakcie coś dziwnego? Znasz jakiegoś fana proga? Redakcja „Teraz Rock” się nie liczy. Co do metalowych ech, rzekłbym, że są one tak donośne, że to chyba coś więcej, niż echa. Mimo wszystko, masz rację. W łupaninie brzmią szlachetnie i rasowo, ale to w momentach odjeżdżających w jakieś progresywne rejony dzieją się rzeczy ponadprzeciętne.

G: „Teraz Rock” zamknął swoje poszukiwania na trzeciej płycie Pink Floyd i „hitach” spod znaku Marillon. Definicja proga, zwłaszcza teraz, jest niemożliwa, bowiem łączy wszystko i… nic. Mało kto gra, jak Enslaved, jeszcze mniej potrafi mieszać, jak Mastodon, do którego odnosiłeś się niedawno w kontekście niektórych momentów na tej płycie, a jeszcze mniej umie bawić się konwencją jak… black metalowcy. Znak czasów?enslaved

A: Tylko co widzisz tym znakiem? Fakt, że wszystko uległo okropnemu, nieraz zahaczającemu o przesadę, przemieszaniu, czy zabawy black metalowców? Mimo wszystko, nie robiłbym z tego zjawiska, ponieważ… cóż, wydaje mi się, że Enslaved są dziś zupełnie innym zespołem, niż kilkanaście/kilkadziesiąt lat temu. Wyrośli z tego, z czego wyrośli, ostatecznie – od czegoś musieli zacząć. Przy nich zestawić można tuziny zespołów zapatrzonych w starą Norwegię, i wyjdzie na to, że w każdym nurcie tyleż poszukiwaczy, co marnych odtwórców. Traktowałbym ten przypadek jednostkowo, bo – zwyczajnie – na takie traktowanie zasługuje.

G: Ale nie sądzisz, że przez to, że tak dłubią, szukają i łączą ze sobą gitarowe popisy z niemal arcturusowskim przepychem i stonowanymi fragmentami rodem z najsenniejszych opowieści Opeth, brzmi to odrobinę na siłę? Bo zamiast płyty metalowej, otrzymujemy niezwykle ciekawy, ale trochę nierówny soundtrack. Ty lubisz kino drogi, więc wycieczka z „E” może cię zaprowadzić w kompletnie odjechane rejony…

A: Teraz dochodzimy do zarzutów wychodzących spod palców fanów (jak podejrzewam) „starego” Enslaved. Niezapomniana była ta reakcja na pierwszy singiel z „E”, czyli „Storm Son”. Pisali, że numer brzmi, jak posklejany z kilku zupełnie nieprzystających do siebie motywów. Do tego pijesz, mówiąc o tej nierówności, czy chodzi raczej o niemożność sklasyfikowania tego krążka, wynikającą z mnogości jego oblicz?

G: Ale „Storm Son” to absolutnie zajebisty kawałek. W pewnym sensie najbardziej reprezentatywny dla tego krążka. Epicki, bogaty w emocje, jest w nim siła black metalu, skrajne uczucia, ciekawe brzmienia i posmak odrobiny tej Norwegii, o której mówiłeś – ale nie zimnej i walącej obuchem po głowie, a refleksyjnej. Do tego jest to na tyle wielowątkowa i długa (!) rzecz, że trzeba się w nią odpowiednio wgryźć. Jak w całe „E”, tylko, że od czasu do czasu czuć przesyt; kolejne wejścia na wyżyny eksperymentów stają się męczące. Warte gry, ale męczące.

A: No oczywiście, ja się z tym zgadzam. Bardzo dobry numer i idealny otwieracz, chociażby z tego względu, że pokazuje, czego można się po płycie spodziewać, nie zdradzając przy tym wszystkiego. Ja tej obszerności „E” jakoś nie odnotowałem, nie mierzi mnie ona. Wgryzłem się w album dosyć zgrabnie i prędko, co nie znaczy, że wszystkie tajemnice stoją już przede mną otworem. To jest fantastyczne uczucie – za każdym razem czuję, że odkrywam w tej muzyce coś nowego. I na poziomie szczególików i drobiazgów, i na poziomie całych piosenek. Też tak masz?

G: Tak, i nie bez powodu wspomniałem o Arcturus, bo choć jest to zespół teatralny (a złośliwie – kabaretowy), to właśnie takie płyty lubię. Dziwne, często przeładowane tematami, ale tak cholernie intrygujące… Popadamy trochę w zachwyt, a to nie jest płyta roku.

A: Ja bym jednak obu nazw nie porównywał (chociaż pod pewnymi względami analogię dostrzegam), bo Enslaved do kabaretu dosyć daleko. Zgodzę się natomiast ze stwierdzeniem, że dzieje się tu bardzo wiele. Wiele dobrego. Dlaczego nie jest to płyta roku – że tak zaczepnie zapytam?

G: Bo zbyt dużo ich wyszło, zwłaszcza poza metalem, aby „E” mianować tym zacnym mianem. Poza tym, ostatnio prawie doszliśmy do podobnej konstatacji przy okazji While She Sleeps, a przecież to zgoła inne brzmienia. Może ujmę sprawę inaczej: w swojej eksperymentalnej (i nadal metalowej) klasie to ścisły top.band

A: O tym mówię. Ja tych swoich „płyt roku” to znajdę ze trzydzieści pewnie, zatem szufladka dosyć bogata. Jasne, że nie jest to największa zdobycz ostatnich dziewięciu miesięcy, ale – mimo wszystko – rośnie u mnie z każdym przesłuchaniem. Od „okej, jednak umieją w te progi i nie brzmi to karykaturalnie” przeszedł ten album w świetną pozycję, wypełnioną dobrymi piosenkami, odjazdami w nieznane i progresywnymi smaczkami. Myślałem, że masz na podorędziu jakieś wielkie dysonanse, które dyskwalifikowałyby „E” z walki w rocznych podsumowaniach.

G: Nie ma mowy, tym bardziej, że fanem Enslaved nigdy nie byłem, a tu proszę – takie zaskoczenie. W to mi graj, tylko czasem chciałbym, żeby polecieli jeszcze dalej. Żeby zerwali metalowe kajdany, nie przyśpieszali tak często…

A: Ja w ogóle chciałbym zwrócić uwagę na pewną dostojność tych cięższych momentów. Jeden czy dwa numery to długimi momentami black, taki, jak sam Diabeł przykazał, ale jakiś… elegancki, w dobrym tego słowa znaczeniu. A że mogłoby tego metalu być mniej, to się zgodzę.

G: Elegancki to tylko u Akercocke. I to w garniturach (śmiech). Kurde, bo znowu fajnie się nam gada, flaszki brak, a płyta zacna i trochę smucę się, bo myślałem, że się pospieramy.

A: Skoro obaj sądzimy, że płyta jest bardzo dobra, wszelkie spory byłyby naciągane i rozdmuchane. (śmiech) Musimy wybrać obiekt, co do którego będziemy mieli zupełnie odmienne zapatrywania… Skupmy się jednak na Enslaved. Co Cię w tej płycie najbardziej uwiera?

G: Biorąc pod uwagę chroniczny brak czasu i tempo życia, to jej długość. Z drugiej strony, kiedy zasiadam do „lektury”, odpływam i wkurwia mnie natłok innych wydawnictw. A tak na serio, to jednak to brzmienie. Kiedy grają ten swój death/black, chciałbym, aby sound był czytelniejszy. Selektywność to nie domena Enslaved.

A: A mnie właśnie brzmienie nie przeszkadza. Jak wspomniałem, jest na tyle agresywne, że słychać cały ten las, a z drugiej strony – odarte jest z prymitywizmu, który w zestawieniu z progowymi motywami mógłby wyglądać nieco groteskowo. Ja pochyliłbym się nad zbyt dużym stężeniem metalu, o którym mówiłeś. Niby taki poszukujący i oświecony band, ale gro z tych utworów wciąż oparte jest na sierściuchowym motorze. Nie jest on w żadnym wypadku zły, po prostu – to, co najciekawsze, dzieje się poza nim. Aż strach pomyśleć, co to byłaby za płyta, gdyby odważyli się jeszcze mocniej odlecieć…

G: Wtedy byłby to kolejny album Ihsahna

A: Dobrze, dobrze, w takim razie zostańmy jednak przy modelu, który Enslaved uskutecznia w tym momencie. (śmiech) Jakieś momenty szczytowe? Albo coś, co szczególnie cię w tych dźwiękach zadziwiło?

G: Nic, czego wcześniej bym nie słyszał. Raczej gracja, z jaką poruszają się (po metalu) i sposób, w jaki inkorporują te lżejsze elementy. Słychać, że kusi ich wyjście poza schemat, ale za bardzo kochają ich sierściuchy, o których wspomniałeś. Gdyby jednak otworzyć niektóre głowy, zagraliby na Offie i nie byłbym tym zaskoczony.

A: Byłoby świetnie. Mnie rusza i mastodonowy refren „The River’s Mouth” (no zupełnie, jakby tam Brant śpiewał!), i „Axis of the Worlds”, zaskakująco jak na taką kobyłę przebojowy, i saksofony pod koniec „Hiindsiight”… (żal, że nie ma ich więcej). Co tu dużo mówić – to jest naprawdę dobry krążek! Przewyższył kilkukrotnie moje, niewysokie, co prawda, oczekiwania.band 1

G: Czyli – podsumowując –  top tego roku, czy nie?

A: Zależy, jakiej obszerności. Płyta jest wyrównana i równa ku górze, jest na niej odpowiednia dawka ciężaru, wycieczki w prog i jazz, dobre piosenki… Niewiele można jej zarzucić. Są i momenty fantastyczne. „E” jest bogata w rozwiązania, jest krążkiem na wiele przesłuchań. Z drugiej strony – słyszałem wybitniejsze rzeczy…

G: Wybitniejsze nie znaczy równie „ear pleasing”. Dla mnie jedna z najlepszych i zarazem najdziwniejszych płyt tego roku. Nie wkroczą na salony, jak Mastodon, ale z pewnością przybędzie im wielu, miejmy nadzieję oddanych, fanów.

A: Nie no, to byłaby nielicha aberracja – wkroczyć na salony swoją czternastą (!) płytą. Wielu fanów im nie przybędzie, alternatywne magazyny też ich raczej oleją – w końcu sierściuchy nie mogą umieć w progresję… Mniejsza z tym. Brzmią tak, jak im w duszach gra, i brzmią bardzo dobrze.

Komentowali Adam Gościniak i Grzegorz Pindor