ENCOFFINATION – III: Hear Me, O’Death (Sing Thou Wretched Choirs) (Selfmadegod)

Opiniotwórcze pismo „Tylko Rock”, piórem Igora Stefanowicza porównało onegdaj zawartość albumu „Blood Ritual” Samael do wpychania walca drogowego na szczyt góry. Trzeci album Encoffination aż prosi się o zrecenzowanie za pomocą równie poetyckich metafor rozpiętych od zdezelowanych pojazdów do sztuki funeralnej, bo trudno słowami ugryźć tak nieprzystępną, monochromatyczną muzykę. Jest jednak „Hear Me, O’Death…” bytem osobliwym i wbrew pozorom nieoczywistym na tle swoich poprzedników.

Upychany przeważnie do szufladki „funeral doom”, Encoffination nie ma tak naprawdę wiele wspólnego ani z psychodelicznymi odjazdami Esoteric, ani z podniosłym nastrojem Skepticism. Korzenie muzyki tego niepięknego duetu tkwią w „nowojorskim” death metalu w stylu Incantation, zagranym w ślimaczym tempie charakterystycznym dla twórczości Necro Schizma czy Disembowelment. „Hear Me, O’Death…” snuje się po tej samej grocie co jego poprzednicy, przy czym coraz wyraźniej odkleja się od swojego deathmetalowego rdzenia, rezygnując z szybszych partii czy riffów a’la „Onward To Golgotha”. Encoffination formalnie zapada się w siebie, ograniczając środki wyrazu do transowego łupania w bębny, basowego tła, monotonnych flażoletów i wokali z dna kanalizacji. „Hear Me, O’Death…” sięga głębin trumienności, za którymi są już tylko metalowe drony, tzn. bardziej „funeral domowo” grać się już chyba nie da. Trudno mi nawet stwierdzić, czy ta płyta spodoba się tym, którzy w Encoffination widzą przede wszystkim zespół deathmetalowy, tylko taki puszczony na gramofonie z poluzowanym paskiem. Tym bardziej, że prawie godzina w towarzystwie tak obłąkanych nut to kamieniołomy, a nie wczasy.E

Oczywiście, muzyka jest po to, aby dostarczać przyjemności a nie danych do badań, ale jeśli ktoś odczuwa usilną potrzebę „zrozumienia” nowego albumu Encoffination, być może wskazówką będzie właściwy kontekst. Nie chciałbym tu na siłę doklejać Ghoatowi i Elektrokutionerowi wzniosłych artystycznych ambicji, ale „Hear Me, O’Death…” raczej operuje metalowymi środkami wyrazu niż faktycznie mieści się w gatunku. Właściwszego punktu odniesienia szukałbym raczej w muzyce japońskich szaleńców z Corrupted. W moim przekonaniu na płyta ma się do doom/death metalu jak „From All Purity” Indian do sludge’u albo „Dopesmoker” Sleep do stoner rocka. Taka popchnięta do ekstremum formuła nie każdemu może przypaść do gustu i nawet dla mnie jest to płyta „na specjalne okazje”, dlatego powstrzymam się od oceny punktowej, bo ta wahałaby się w zależności od okoliczności. Wierzę jednak, że koneserzy muzyki nieprzyzwoitej odnajdą się w tej estetycznej degrengoladzie choćby i od święta, bo „Hear Me, O’Death…” warta jest tego, przy przynajmniej spróbować się z nią zmierzyć.

Bartosz Cieślak