ENCOFFINATION – O’Hell, Shine In Thy Withed Sepulchres (Selfmadegod)

Amerykańskie duo postanowiło podjąć się niewdzięcznej roli. W XXI  wieku, roku pańskiego 2011 chcą pokazać, jaka powinna być korzenna, podziemna i absolutnie nie znosząca komercji muzyka death i doom metalowa. Myślę, że już niedługo rozgorzeje gorący spór nad najnowszym, drugim w historii zespołu dziełem (nie licząc rożnego typu splitów itp.). Cholernie wooolno – długogrającym…

Był sobie (jest?) niemiecki zespół Cock And Ball Torture, który postanowił zagrać grind core’a najwolniej jak się da. Encoffination chcą być najwolniejszymi death’owcami  na planecie ziemia, dlatego hamują do iście doom’owych obrotów, osadzając na takim szkielecie riffy, mogące brzmieć jak upiorni koledzy bękartów wychodzących spod palców Tony’ego Iommi.  Dla nieosłuchanego ludzika muzyka Encoffination może wydawać się męcząca i mało atrakcyjna. Bo i nie o doraźnie łaskotki tu chodzi a raczej o zatracenie w psychotycznej, hipnotycznej nawalance. Nowa płyta, nagrana po raz kolejny dla krajowego wydawcy, to jakby druga część historii zapoczątkowanej na poprzednim krążku „Ritual Ascension Beyond Flesh”  i nie chodzi tu o jakiś koncept liryczny, ale raczej o sprawy brzmieniowo – graficzno – kompozycyjne.

„O’Hell…” to siedem, nie licząc intro, schodów do krypty, pełnej upiornych cieni i pewnego rodzaju patosu, objawiającego się w przestrzeni, jaką zajmuje muzyka Amerykanów. Paradoksalnie, nie jest to muzyka zarejestrowana – jak można by się spodziewać – w prymitywnych warunkach jednym mikrofonem,  w celu osiągnięcia odpowiednio analogowego (czyli surowego i chropawego…) brzmienia. Całość jest katedralnie wręcz potężna i by zrozumieć zamysł duetu, trzeba muzyki wysłuchać odpowiednio głośno, na zwyczajnie dobrym sprzęcie, bo głośniczki komputera, tudzież format „empechujkowy” bardzo, ale to bardzo spłycają dokonanie Encoffination. Jeśli już przygotujemy się odpowiednio do konsumpcji dzieła, dostaniemy w twarz gorącym podmuchem grobowych, nisko strojonych riffów, których proweniencja rozciąga się od death’owych smagnięć („Crypt of his Command Devourment”) do doom metalowego piekła („Annunciation of the Viscera”, „Washed and Buried”). Niezależnie jednak, czy grupa skłania się ku takiemu czy innemu gatunkowi, niezmienne jest żółwie tempo miarowo, tępo bijących bębnów. Jeśli ktoś liczy choć na jeden skoczny czy wesoły moment, może sobie płytę darować. Zamiast tego jest smutek, grób, śmierć i zwątpienie, pięknie namalowane jedyną, słuszną barwą – czernią. Zespół ponownie skupia się głównie na osiągnięciu klimatu, zapominając o aranżacjach i celebrując dźwięk. I tu właśnie upatruję siły nowego materiału Encoffination. Zamiast brnąć w techniczne niuanse (a kogo to dzisiaj obchodzi, skoro wszystko już było?), smakują każde uderzenie w struny i membrany, powtarzając je upierdliwie długo, jakby czekali, kiedy wreszcie usłyszą ten jeden, jedyny, właściwy dźwięk. A my wpadamy z nimi w ten opętańczy, ociężały trans. Jeśli – oczywiście – mamy odpowiedni nastrój Cóż, kryzys w unii i ciągłe hiobowe wieści napływające z rajskiego eurolandu pasują do „O’Hell…” idealnie…

Nie chciałbym ograniczać słuchaczy, ale Encoffination nie jest dla wszystkich. Raczej dla tych wybranych. Wiedzących. Smutnych. Introwertycznych. Dla ludzi o skłonnościach samobójczych. Pesymistów. Tak… czyli w sumie dla każdego…

Arek Lerch 5