EMPTINESS – Nothing but the Whole (Dark Descent Records)

Łatwo mówić, że w muzyce nic się już ciekawego nie dzieje, ale prawda jest taka, że nawet jeśli chcemy (a często nie chcemy) to wszystko w danej chwili ogarnąć, to jest to niemożliwe. Dlatego, poznając twórczość belgijskiego Emptiness dopiero teraz, czuję się tylko po części jak ignorant. Pozostałą część mnie wypełnia radość, że jednak coś się tam ciągle w tym naszym starym, metalowym kotle kotłuje.

„Nothing but the Whole” ma wszystko to, czego brakowało mi na ostatniej płycie Mayhem. Jest tajemnicza jak znajomi Laury Palmer, ale nie przekombinowana. Utwory płyną sobie spokojnie i jeśli już pojawiają się w nich blasty, to tylko na zasadzie krótkiego akcentu. Nikt się tutaj nie spieszy i nie próbuje niczego udowadniać. Emptiness jest jak Thorns pozbawiony elementów dyskotekowych, albo Portal porzucający gęsty death metal na rzecz post punka z elementami rocka industrialnego. A przy tym, na przekór wszelkim hipsterom, jest to płyta w 100% metalowa. Jeśli to eksperyment, to na podobnej zasadzie jak na „Ordo Ad Chao” Mayhem, „S” Morowe, albo „Revelations od the Black Flame” 1349. Jest więc smoła i czerń, ale na szczęście nie ma tysiąca przypadkowych dźwięków i gwałtownych zmian tempa, nie ma rozciągania utworów do kilkunastu minut. Jest sama esencja.Emptiness Band

I właśnie dzięki temu „Nothing but the Whole” słucha się nadzwyczaj dobrze. Nie bardzo mam ostatnio ochotę na muzyczne wyzwania i jak ognia unikam wszystkiego, czemu można by przykleić łatkę „awangardy”, ale zespół Emptiness mnie pokonał. Wiadomo, gdzie teraz mogę sobie wsadzić te swoje mądrości o muzyce lekkiej, łatwej i przyjemnej. I te o regule „zwrotka – refren – zwrotka”. Ale nie ma co pieprzyć dalej bez sensu. Czasem po prostu dobrze jest się mylić.

Michał Spryszak

Pięć i pół