EMPTINESS – Not For Music (Season of Mist)

Wydawać by się mogło, że do zyskania łatki wykonawcy „awangardowego” black metalu wystarczy co najwyżej odpowiednio przefiltrować inspiracje Deathspell Omega lub Ved Buens Ende. Wszyscy jednak doskonale wiemy, jaka to ta awangarda jest… Szukając zatem swojego przyczółka, należy przede wszystkim pamiętać, by nie zabrnąć przy tym w ślepy zaułek – czyli z jednej strony, aby nie odcinać kuponów od wyblakłej już chwały największych, a z drugiej by nie stanąć pod ścianą, której nie da się przeskoczyć. Emptiness, niestety, znaleźli się chyba w tym drugim punkcie.

Właściwie już na wstępie powinienem zaznaczyć, że określanie „Not For Music” black metalem jest niekoniecznie zgodne z prawdą. Aktualnie jedynym, co łączy Belgów ze wspomnianą estetyką są co najwyżej chrapliwe wokale Jeremiego Beziera oraz fakt, że w tych dźwiękach ewidentnie czai się coś złego… Poza tym, niebezpieczne wydaje się nawet operowanie nazwami w rodzaju „metal awangardowy”, czy w ogóle czymkolwiek ze słowem „metal” w nazwie. Emptiness bliżej teraz z jednej strony do post-punka czy industrialu, czego wyraźne znamiona słyszalne były już na „Nothing But The Whole”, z drugiej zaś całkiem odważnie zahaczają o niemal synthpopowe aranże. Tak jak wspominałem, nie zapominają jednak o jednoznacznie mrocznej atmosferze i trzeba przyznać, że zdarzają się momenty, gdy genialnie kreują odpowiednią aurę – jak chociażby w „Your Skin Won’t Hide You”. Niestety, są to tylko momenty, bowiem największą bolączką „Not For Music” są wybitne dłużyzny. Czuć, że ta muzyka dokądś zmierza, ciągle ma się wrażenie, że za sekundę nastąpi TA CHWILA, na którą czeka się z rosnącą coraz bardziej niecierpliwością, a tymczasem… Tymczasem gówno. Nie ma. „Not For Music” brakuje finału, każdy z tych utworów prowadzi donikąd. To wspomniane na wstępie brnięcie w ślepy zaułek, na końcu którego jest tylko ściana. Belgowie nie poradzili sobie z jej pokonaniem.Emptiness

Mimo wszystko, „Not For Music” ma w sobie coś intrygującego, kryje swego rodzaju zagadkę, której rozwiązania próżno jednak szukać pośród tych siedmiu utworów. Ciężko stwierdzić, czy brak przysłowiowej kropki nad „i” jest wynikiem wyraźnie zarysowanego zamysłu (chłopaki, zagrajmy taki metal, żeby tego metalu było w nim jak najmniej), czy może też to najzwyklejszy w świecie brak naprawdę dobrych pomysłów. Prawdy doszukiwałbym się w wypadkowej obu tych teorii, bo chyba programowa niechęć do sięgnięcia po gitary sprawiła, że chłopaki nie za bardzo wiedzieli, jak wybrnąć z poszczególnych kompozycji. Wszystko brzmi dużo lepiej i pewniej, gdy jednak zespół przedstawia próby mocniejszego riffowania („Digging The Sky”), nieco gorzej natomiast, gdy tych gitar nie ma prawie wcale (rozmyty w synthowych aranżach „Ever”). Krótko mówiąc – kuce powinny zostać kucami.

Gdybym miał określić „Not For Music” w jednym zdaniu, stwierdziłbym, że to płyta, która w takim samym stopniu intryguje, co nudzi. Płyta, której brakuje pointy. Czy warto w ogóle na takie krążki tracić czas? Nie jestem pewien.

Michał Fryga

Trzy i pół