EMMURE – Eternal Enemies (Victory)

2-stepowi mocarze z Emmure przypominają o sobie kolejnym, kompletnie nic nie wnoszącym do rozwoju grypy wydawnictwem. „Eternal Enemies” to już szósty krążek w karierze zespołu Frankiego Palmieri i, na nieszczęście wszystkich słuchaczy, kolejny, niemożliwie ułomny materiał.

W wideo zapowiedziach członkowie Emmure zapowiadali najcięższy, najdojrzalszy i najbardziej złożony opus w swojej karierze. Nic bardziej mylnego. Emmure – choć zabija na żywo jak mało który zespół – na swoich albumach brzmi jednowymiarowo i, nie bójmy się tego powiedzieć, z krążka na krążek panowie zjadają własny ogon. Najlepszym tego dowodem niech będzie „N.I.A (News in Arizona)”, bodaj najbardziej prymitywny numer w całej karierze chicagowskich core’owców. Bez ściemy, cały numer oparty jest na raptem dwóch riffach, a może bardziej dosadnie, dwóch break downach, a phaser effect nałożony na beczki to w przypadku tego zespołu niemal „odważny” eksperyment. Szok. Z ciekawostek, dodam jeszcze, że na fali retro nu-metalu nawet Emmure w jednym z utworów ma dj’skie scratche i… to by było na tyle z niespodzianek. Chyba, że jako „shocking moment” uznamy dziecięcy płacz przerywający niekończący się breakdown, czy coraz mocniej eksploatowany rap Palmieriego.Emmure band

Swoją drogą, to właśnie sam frontman Emmure, który inteligencją nie grzeszy, wespół z wciąż „nowym nabytkiem” w postaci byłego perkusisty Bury Your Dead jest największym atutem „Eternal Enemies”. Wokale fana gier wideo z najgorszych dzielnic Chicago, mimo, iż nadal przypominające niezrozumiały bełkot, robią przysłowiową robotę i w przypadku tego zespołu są „guilty pleasure”. Niestety, dotrwanie do końca tego „dzieła” wymaga nie lada wysiłku i zakładam, że nawet najbardziej oddani fani będą psioczyć na nieskończoną liczbę „zer”. Bywa.

Tradycyjnie pała za brak rozwoju, mocna czwórka za brzmienie i dwójeczka za wspomnienia z zajebistych koncertów. Kolejny już w lipcu w krakowskiej Fabryce. Kto lubi się cofać w rozwoju i wyszaleć w moshu, ten niech czym prędzej kupuje bilet na to wydarzenie. Ja odpuszczam.

Grzegorz „Chain” Pindor

Dwa i pół