EMBRYONIC DEVOURMENT – Vivid Interpretations Of The Void (Deepsend Rec.)

Death metal ma wiele twarzy. To taka parafraza, która fajnie podsumowuje lata tworzenia i ewolucji gatunku, po drodze adaptującego setki stylistyk, wykształcającego tysiące odnóg… Dzisiaj metal śmierci jest tak kolorowy, że czasami trudno połapać się w tym gąszczu, w dodatku ciągle powstają nowe hybrydy, zawłaszczające sobie nowe terytoria. Także Embryonic Devourment uzurpuje sobie prawo do kawałeczka terenu, na który może pielęgnować swoje pomysły. A ma ich aż za dużo…

Założony w 2003 roku kwartet z kalifornijskiego Willits ma na koncie dwie duże płyty, splita i ep-  kę. Najnowsze dzieło z tej gromadki liczy sobie już kilka miesięcy, nadal jednak można uznać je za nowość, tym bardziej, że prezentowana muzyka może się podobać, w szczególności maniakom techniki. Bo kwartecik upodobał sobie stylistykę, gdzie w zasadzie zamiast tzw. kompozycji (dla zespołu oznacza ona zestaw riffów, na bazie których można wykonywać cyrkowe sztuczki z instrumentami…) liczy się przede wszystkim szybkość grania i szybkość zmian poszczególnych tematów i przejść. Techniczny death metal w wykonaniu ED’a przynosi szereg formalnych wprawek, które mogą każdego adepta metalowego rzemiosła wprawić w osłupienie. Bo też i zapamiętanie jednego numeru Amerykanów to nie lada wyczyn. Ciągłe zmiany, odbywające się czasami nawet w obrębie jednego taktu, akcentowanie, pochody basu, perkusji, niesymetryczne rytmy, dużo popisów solowych (w zasadzie każdy instrument gra jedną, wielką solówkę…) to dla naszego zespołu pestka. Dużą rolę w muzyce Embryonic odgrywają blasty, które cały czas przewijają się w poszczególnych kawałkach. Zespół nieustannie łamie utwory, nie pozwalając delektować się zbyt długo jednym motywem. Basista pogrywa momentami niczym sam Les Claypool z Primus (np. wstęp do „Eye Of the Horomatangi”…), gitarzyści i bębniarz uwijają się jak w ukropie (spróbujcie policzyć wszystko, co dzieje się np. w „Darken Thy Fluids” czy w „Perceiving The Multidimensional”…), za punkt honoru stawiając sobie upakowanie w poszczególnych taktach jak największej ilości przejść, biegników i akcentów. Żeby jednak oddać sprawiedliwość, potrafią też podejść do materii od lirycznej strony (końcówka „We Are Chitauri”, gdzie robi się przestrzennie i jazzrockowo…).

Krótko rzecz ujmując – jeśli nieobcy jest wam techniczno – jazzowy onanizm, lubujecie się w muzyce pozbawionej melodii i regularnej rytmiki, nade wszystko zaś uwielbiacie wypadającą co chwilę szczękę z ryja (ze zdziwienia, żeby nie było…), „ Vivid Interpretations Of The Void” będzie dla Was dobrym przystankiem w poszukiwaniu muzycznego spełnienia i wytchnieniem w oczekiwaniu na nowe, miejmy nadzieję, że tym razem death metalowe, dzieło Cryptopsy.

Arek Lerch 4,5