ELVIS DELUXE – The Story So Far (Metal Mind Prod.)

Elvis Deluxe to pierwszy, polski zespół stonerowy, który ową muzykę, związaną w stu procentach z Ameryką, całkiem skutecznie zakorzenił na naszym gruncie. I choć dzisiaj scena aż roi się od doskonałych grup, dziedzictwo pustyni mających we krwi, owi weterani powracają z trzecią płytą, którą potrafią udowodnić, że nie stoją w miejscu, ba, nadal są na czele peletonu. Wprawdzie to tylko częściowo nowy materiał, ale i tak jest doskonałym świadectwem owej ewolucji.

Rozwój jest najistotniejszym efektem działania każdej jednostki, ale także grup, w tym zespołów muzycznych. Wprawdzie współczesny świat bezczelnie informuje, że wystarczy pokazać na wizji fiuta a w eterze kogoś obrazić i rzucić „mięchem”, żeby zdobyć popularność, jednak w rzeczywistości tylko wieloletnie wykuwanie charakteru zasługuje na szacunek. Potwierdza to historia naszego Elvisa. Dwie pierwsze płyty to doskonała porcja stoner rocka, jednak dopiero teraz, po latach, muzyka tego zespołu zaczęła smakować wyjątkowo, ujawniając drugie dno, będące sumą doświadczeń, jakie zespół przez lata gromadził, wycierając kolejne kluby na swojej drodze. I mimo, że pozostaje bardzo charakterystycznym, kolorowym wcieleniem określenia „rozrywka”, to jednocześnie pokazuje, że nawet w hałaśliwej naturze pustynnego rocka można ciągle odkrywać nowe możliwości. Wprawdzie nie lubię płyt, będących niczym więcej jak składanką, Jednak w tym przypadku mogę potraktować wydawnictwo – pomijając oczywisty fakt, że MMP wolał wydać pełny krążek a nie mini album – jako pewnego rodzaju pomost, łączący wczesny, szczeniacki wręcz, stoner rockowy gruz z pochodną tegoż, będącą konglomeratem pustynnego riffu, psychodelicznej mgiełki i większego przywiązania do melodii. Słowem, Elvis wyciągnął ze swoich umiejętności i kompozycji dużo więcej, niż mogłoby się wydawać, że można.

Z całym szacunkiem do sekcji rytmicznej Elvisa (perfekcyjnej, z naciskiem na fenomenalne brzmienie perkusji…), nowe numery to przede wszystkim historia pisana gitarami Bolka i Wojtka. Wcześniejsze łojenie unisono zostało zastąpione zajebistymi dialogami tych instrumentów, które konkurują ze sobą, chodząc w interakcję, uzupełniając się i pokrzykując. Można tego słuchać bardzo długo i zawsze usłyszeć coś nowego. Tym bardziej, że gitarowe hałasy są zadziwiająco chwytliwe w swojej ulotności. Czasami wszystko jest bardzo przyczajone, psychodeliczne niedopowiedziane („Your Godfreed”), gdzie indziej parafrazuje dokonania Queens’ („No Reason” czy opatrzony najlepszymi chyba na tej płycie partiami gitar „Face It”). Osobiście zaskoczony jestem – bardzo pozytywnie – świetnym „Dark Lovers”, gdzie stonerowa psychodelia łączy się z lekko wyspiarskim posmakiem, jeśli chodzi o harmonie. Wspomniany utwór jest też niesamowicie melodyjny, ujawniając talent zespołu do pisania kompozycji, które są zwyczajnie przebojowe, choć raczej wątpię, że zdobędą przestrzeń radiową. Na koniec dostajemy kolosa „Something to Hide”, który przez wiele minut prowadzi nas meandrami współczesnego, zapiaszczonego rocka, kapryśnie wijąc się, załamując, raz cichnąc to znowu wybuchając gitarowym zgiełkiem. Wojtek wspominał w wywiadzie, że w tych numerach jest może ze 20% improwizacji – jeśli tak – chylę czoła przez aranżacyjnym kunsztem zespołu, jeszcze bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że warszawiacy pozostają na razie bez konkurencji na  – co już anonsowałem – dość zatłoczonym, krajowym poletku. Na koniec zostawiłem sobie dwie starsze kompozycje, które są po prostu… elvisowe. Zwarte, hałasujące i w kontekście nowych kompozycji bardzo proste. Ot, typowy stoner, który znamy z dwóch pierwszych krążków. Pewną ciekawostką jest za to interpretacja „Search and Destroy” The Stooges. I na tym koniec. Zapada cisza…

Elvis Deluxe, dojrzewając niczym wino, stał się ambasadorem dawno minionych czasów, rockowej rewolucji mentalnej, jednak nie w wymiarze cepeliowym, bo interpretując dość odważnie  tradycję, na którą składa się kilka nazw, których powtarzał niepotrzebnie już nie będę, zamiast odgrzewać danie już ugotowane, tworzy własną przestrzeń. „The Story So Far”, przynajmniej w części „nowej”, to właśnie taka próba, dodajmy, całkiem udana, stworzenia czegoś swojego na bazie fascynacji starociami. Wychodzi to przednio, bo muzyka – choć zbudowana ze znanych elementów – jest bardzo świeża i pokazuje, że te mocno wyświechtane klocki mogą jeszcze nie raz zaskoczyć. Elvis bliski jest podium; jeśli zachowa tak wysoką formę, nie rozleniwi się i przedstawi następnym razem pełnowymiarowy, zamknięty krążek, będzie na Olimpie.

Arek Lerch

Pięć