ELVIS DELUXE – Favourite State of Mind (Harmony/Kayax)

Gdyby warszawskie Elvisy wzorem swojego wielkiego mistrza Presleya wciągały regularnie koks, zapewne byliby na szczycie. Niestety, zamiast podkręcać obroty i szybciej przebierać nogami, leniuchują, mając najwyraźniej wszystko w tyle. Co nie przeszkadza im nagrywać najbardziej rasowe płyty w historii polskiej muzyki rockowej.

Żeby było jasne – nie jestem przekonany o tym, że nowa płyta Elvisów jest najlepsza na świecie. Ba, jako stary człowiek musiałem się z nią oswajać dość długo i dopiero teraz, po iluś tam sesjach z materiałem mogę powiedzieć, że dobrze mi się go słucha. Najważniejsza konkluzja wynikająca z tych sesji jest taka, że nie ma znaczenia, w jakim studiu się nagrywa, liczy się POMYSŁ i to coś, iskra boża. Bo patentem brzmieniowym, realizacją materiału Elvis Deluxe zawstydza wszystkich, wielkich producentów z Polski i nie tylko, pokazując, jak można nagrać płytę tak kurewsko dobrze brzmiącą, tak naturalną i piekielnie analogową, że aż gatki spadają ze zdziwienia. Nie wiem, jak oni to robią, ale gitary i szczególnie perkusja to majstersztyk ostatni raz słyszany chyba na „czwórce” Led Zeppelin. Każde uderzenie i każdy brzęk struny jest tak tłusty, jak to tylko możliwe. Wszystko razem brzmi z takim kopem, że chce się od razu pójść na koncert, a na pewno wywalić na śmietnik wszystkie te biedne krążki robione na komputerkach przez domorosłych producentów. I jeśli nawet nie wszystkie kawałki na płycie mnie przekonują, to i tak jej ciągle słucham. Żeby zgrzytać zębami z zazdrości o to firmowe przyłożenie, które nie wiedzieć czemu innym nie wychodzi…

Nie znaczy to jednak, że płyta jest zła. Może nie jest lepsza od „Lazy” jednak pokazuje jakąś tam ewolucję Elvisów, którzy zrezygnowali nieco z stonerowej napinki i uderzyli jeszcze bardziej w rockowy środek, przesuwając się o jakieś trzy dekady wstecz. Pozostał firmowy luz, ponownie działający na słuchacza kojąco, bo mimo, że wszystko tu „siedzi”, to cały czas ma się wrażenie, że chłopaki grają totalnie od niechcenia, i że już, już, możemy się spodziewać, że w połowie kawałka powiedzą „mamy to gdzieś” i rzucą instrumentami o ziemię. Na płycie roi się od rockowych wymiataczy, które przykuwają uwagę bardziej atmosferą niż technicznymi wygibasami, zresztą esencjonalizm wykonawczy Elvisa od zawsze był głównym atutem zespołu. Takie songi jak „Let Yourself Free”, „Fade Away” czy „To Tell You” to klasyczne przykłady „nowego” Elvisa, jednak, co cieszy, zespół potrafi nadal zaskakiwać. To, że stonerem ekipa stoi jest oczywiste – „queens’owy” do bólu „Fire (Loveboy)”, świetne, pustynne „Out All Night” czy „This Time” to doskonałe przykłady wierności i największej miłości warszawiaków. Ale są tu także sygnały doskonałej znajomości tradycji czego sztandarem jest blues’owy „The Apocalypse Blues”, który brzmi, jak żywcem wyjęty z katalogu zagrywek samego Jimmy Page’a… Za to przykładem łączenia wody z ogniem jest „Break The Silence”, gdzie pierwsza część kawałka to chaotyczny punk zagrany w niecodziennym dla zespołu, obłąkanym tempie, zaś druga to niemal psychodeliczny Deep Purple. Takich dzikich połączeń mogłoby być tu więcej. Chwilę oddechu przynosi za to orientalny, instrumentalny przerywnik „Out There”. Wszędzie dominuje potężne, bardzo brudne, zakurzone brzmienie, szarpiące nerwy ale i masujące mięsień sercowy każdemu fanatykowi retro soundu.

To nie jest muzyka dla każdego, bo mimo dużego i zaskakującego pokładu melodyki, to przede wszystkim okrutna dawka nieokrzesanego hałasu, który trzeba ogarnąć, ale przede wszystkim lubić. Bo dopiero po przedarciu się przez pokłady chropowatych zagrywek gitarowych i zgiełkliwych harmonii, docieramy do sedna, czyli doskonałych kompozycji okraszonych bardzo stylowym śpiewem. Dopiero wtedy okazuje się, że niepokorni, wyluzowani buntownicy to tak naprawdę doskonali muzycy, którzy z wzajemnością kochają tradycję.

W kontekście krajowego rocka Elvis Deluxe to zespół wyjątkowy i wcale nie dlatego, że jako pierwszy przecierał stonerowe szlaki. To grupa autentyczna w tym co robi a jednocześnie banda chłopaków, mających najzwyklejszy, choć dość rzadko w tym kraju występujący talent.

Arek Lerch 5