ELITIST – Fear In a Handful of Dust (Season of Mist)

Zazwyczaj gdy dostaję do zrecenzowania materiał zespołu, który nie jest mi znany, ograniczam się jedynie do zdobycia kilku suchych faktów na jego temat. Nie czytam recenzji, opinii innych ludzi o twórczości rzeczonego bandu, dlatego, że zanim z ciekawości dowiem się co sądzą inni, lubię sobie wyrobić własne, mocne zdanie. Z Elitist było jednak inaczej  – już na samym początku złośliwie przyczepiła się do tego zespołu łatka odkrycia, świeżej krwi sceny ekstremalnej. Nie powiem, wzmogło to tylko mój apetyt na „Fear In a Handful of Dust”, ale jednocześnie sprawiło też, że zacząłem od tego zespołu dużo oczekiwać.

Nie jestem jednak do końca przekonany czy Amerykanie są tak wielkim, jak twierdzą niektórzy, odkryciem dzisiejszej sceny. Natomiast pewien jestem tego, że to grupa absolutnych, muzycznych szaleńców bo tylko w takich – delikatnie mówiąc wypaczonych – umysłach mógł zrodzić ten album. Elitist od samego początku zmusza do pełnego skupienia. Słuchać to za mało, by zrozumieć istotę muzyki tego tworu. Trzeba wtopić się w dźwięki, dać się ponieść schizofrenicznej opowieści płynącej z głośników… Chwilami czuję, że zawartość „Fear In a Handful of Dust” po prostu mnie przerasta, ale mimo to po raz kolejny – nie do końca świadomie – moja ręka wędruje do przycisku z napisem „play”.

Elitist potrafi zahipnotyzować i nie jest łatwo uwolnić się od tych dźwięków, gdy raz pozwolimy im zagościć w naszej głowie. Jest to muzyka prawdziwie ekstremalna. Najłatwiej byłoby w tym momencie przytoczyć garść porównań i przypiąć im powszechnie znaną stylistycznie łatkę. Jednak nie jest to takie proste, bowiem Amerykanie bez żadnych oporów czerpią z różnych nurtów i stylistyk z gracją przechodząc od grindu do sludge, od death metalu do obłąkanego, dzikiego hc. Chwilami nawet dość mocno czuję tu atmosferę znaną z produkcji black metalowych. Dla Elitist nie ma granic. Czytając te słowa odnieść można wrażenie, że jest to zespół, który nie do końca wie, co ze sobą począć a „Fear…” to płyta, gdzie muzyka zatraca się w przekombinowanych aranżacjach i nadmiarze pomysłów twórczych. Nic bardziej mylnego… Album to obezwładniający, transowy monolit złożony z dźwięków nieludzkich i ekstremalnych. Czuję się zmiażdżony muzyką Elitist, przytłacza mnie ten duszny, niemal rytualny klimat, ale mimo to coraz bardziej zapadam się w „Fear…”.

Amerykanom udała się niesamowicie trudna sztuka – korzystając z klasycznego instrumentarium nagrali materiał, którego można słuchać w nieskończoność i za każdym razem odkrywać nowe, pasjonujące szczegóły. Nie łudzę się, że płyta ta wypłynie na jakieś szersze wody, pewnie pozostanie prawie niezauważona, ale mam nadzieję, że Elitist pozostaną na scenie i nagrają jeszcze niejeden album. Nie sądziłem, że marna garstka popiołu jest w stanie zasiać w mojej głowie taki chaos. Oczekiwałem od tego zespołu dużo i nie zawiodłem się ani trochę. Elitist to absolutna elita podziemnej muzyki – nie mam co do tego wątpliwości.

Wiesław Czajkowski 5,5