ELIOT SUMNER – Information (Island/Universal)

Co się dzieje z tymi ludźmi?! Eliot Sumner, córka Stinga, to kolejny artysta, który nie za bardzo wie, kim jest i dlaczego. Nie mam jednak zamiaru pochylać się nad problematyką płciowej identyfikacji, bardziej interesuje mnie to, co rzeczony artysta (powiedzmy, że będę używał takiego oto neutralnego słownictwa…) wyciąga ze swojego łba i jak to działa na moją wyobraźnię.

Występująca wcześniej pod pseudonimem I Blame Coco niepokorna artystka, tym razem odsłoniła przyłbicę i już nie zamierza udawać, że jest znikąd. Zresztą, umówmy się – każdy po usłyszeniu takiego „After Dark” czy „Dead Arms&Dead Legs”, zakrzyknie – cholera, nieznane nagranie z „Synchronicity”!  Stety/niestety, pani (artysta) Sumner głos odziedziczyła po sławnym tatusiu i nie ma się co z tego powodu zamartwiać. Tym bardziej, że „Information” autentycznie może się podobać, zaintrygować i dostarczyć paru miłych chwil. Całe szczęście, że nie ma tutaj nachalnego kopiowania twórcy policyjnych przebojów a raczej bardzo zgrabne nawiązanie do tego co indie/synth/popowym światku piszczy w ostatnich latach. Zamiast bawić się w surowe, analogowe instrumentacje, Eliot Sumner flirtuje z samplerami, które wykorzystuje na tyle zgrabnie, że jestem w stanie uznać płytę za całkiem dobrze uszyty krążek. Choć z łatek wcześniej znanych, bo taki „I Followed You Home” to wypisz wymaluj Editors w swoich ostatnich, plastikowych szatkach, zaś „What Good Could Ever Come of This” z powodzeniem można nazwać „White Police” – i dla jasności: nie od white reggae a raczej od White Lies…Eliot (1)

Szczytowanie tej konwencji płyta osiąga w kawałku tytułowym, gdzie świetne melodie idą w parze z pięknymi, samplowanymi tematami, a gdzieś pod koniec wszystko rozjeżdża się w niby – psychodelicznej improwizacji. Myślę, że Eliot doskonale zdaje sobie sprawę, że w kontekście tej płyty dziennikarska tłuszcza będzie rzucać mnóstwem nazw, insynuując jej brak oryginalności, dlatego, zamiast bronić się próbami odszukania własnej, artystycznej twarzy, gmatwa obraz jeszcze bardziej, np. wprowadzając na płytę zupełnie nieprzystające do obranej konwencji hałaśliwe  – oczywiście po linii sławnych duetów – rockersy w stylu zgrzytliwego „Halfway to Hell” czy punk’n’rollowego „In Real Life”. Trochę to śmieszne, bo pasują tu te piosenki jak psu siodło, ale… Skoro mogą znaleźć się obok „Species”, śmierdzącego na milę Depeche Mode i mechanicznego, nowofalowego „Come Friday” to… czemu nie.

Fajnie się tej płyty słucha, nawet jeśli po uniesieniu w numerze tytułowym zaczyna się robić nieco nierówno. Szuka dziewczyna swojej tożsamości, zmaga się z własnym samookreśleniem i – nie ma co do tego wątpliwości – ciążącą ojcowską sławą, zatem niech szuka i niech się buntuje. Nawet jeśli jest trochę niespójnie (a czasami niepotrzebnie – „Firewood” i „Say Anything You Want” mogła zostawić na jakąś stronę B singla…) , ma Eliot coraz wyraźniejszy charakter i co najważniejsze – zmysł do pisania fajnych piosenek. Niech sobie poszaleje, potem może ciut się uspokoi i nabierze dystansu – wtedy możemy mieć do czynienia z czymś sensacyjnym. Na razie jest więcej niż dobrze.

Arek Lerch

Zdjęcie: Alex Franco

Cztery i pół