ELEPHANT TREE – Habits (Holy Roar Records)

Zazwyczaj stronię od takiej muzyki. Ok, parędziesiąt lat temu bombastyczny rock był w cenie, pamiętam jakie wrażenie zrobił na  mnie pierwszy kontakt z „Nevermind“ Nirvany, potem było jeszcze całe, neorockowe szaleństwo. Dzisiaj taka muzyka po prostu męczy i trudno znaleźć płyty, które mogą przekonać. Próbują tego dokonać londyńczycy (naturalizowani, ślady biegną w stronę Nowej Zelandii i Kanady) Elephant Tree i całkiem dobrze im idzie.

Muzyka rockowa ma to do siebie, że jest jednowymiarowa. Włączasz płytę i zazwyczaj wiesz wszystko po pierwszych dźwiękach. Wiadomo, jakie brzmienie towarzyszyć będzie do końca, jaki jest klimat nagrań itp. Nie chcę być narzekającym dziadem, któremu coś tam się znudziło, ale mało jest dzisiaj rockowych płyt, do których chce się wracać, bo mają to coś, haczyk, który przyciąga. Może to znak czasów? Jaki jest zatem haczyk, na jaki łowi Elephant Tree? Może taki, że wszystko co grają, kojarzy się natrętnie z latami 90.? Nie zrozumcie mnie źle, to nie zarzut, być może dlatego, że nie oczekuję od nich niczego oryginalnego tylko dobrej zabawy. Dobrych piosenek, które w wydaniu Elephant Tree są może ciut patetyczne, ale fajnie lepią się do ucha i zapewniają parę chwil oddechu. Fakt, pasują do stadionów i na festiwale, ale w domowym zaciszu, albo jeszcze lepiej – w samochodzie słucha się ich przednio.Elephant_Tree_1

Co dostajemy? Czterdzieści minut znakomicie nagranej (brzmienia gitar powalają) muzyki, rozciągającej się od klimatów pokrewnych Deftones („Faceless” a w szczególności „Wasted”, którego ekipa Chino na bank by się nie powstydziła), po nawiązania do – i tu zaskoczenie – Type O Negative. Harmonicznie pokrewna ekipie Piotra jest kompozycja „Exit the Soul”, szczególnie w drugiej, podniosłej części, poprzedzonej małym flirtem z post rockiem. Drugim numerem, który jeszcze bardziej do późnego okresu Negatywów nawiązuje, jest najlepszy na płycie, i tu wpadnę w zachwyt, przebojowy w taki aksamitny, gotycki sposób numer „Sails” – w sumie szkoda, że zespół umieścił go na samym początku (nie licząc intro), bo po tej kompozycji reszta nie robi aż tak piorunującego wrażenia. Być może dorównuje mu „Bird” z robiącym robotę potężnym solem gitarowym, ale finalnie nie ma aż tak nośnych harmonii. Dostajemy jeszcze akustyczny „The Fall Chorus” i psychodelizujący, lekko eksperymentalny (w zestawieniu z resztą kompozycji) „Broken Nails”. Oby poszli w taką stronę.

Może troszkę kręcę tu nosem, ale jako muzyka rozrywkowa, „Habits” sprawdza się znakomicie. Nie sądzę, że będę wracał jakoś często do tej płyty, ale przyznam, że Elephat Tree ma zadatki na tzw. duży zespół w swojej klasie. Pytanie, czy dzisiaj taka muzyka jest potrzebna, pozostawiam do indywidualnej oceny.

Arek Lerch 

Trzy i pół