ELBOW – Little Fictions (Universal)

Są w tym całym, muzycznym zgiełku takie zespoły jak Elbow, które określenie „rock” rozumieją w dość specyficzny sposób. Owszem, instrumentarium się zgadza, są gitary i bębny, ale ilość melancholii, smutku i wycofania powali słonia. I tu mamy zasadnicze pytanie, które dotyczy istoty siódmej płyty Brytyjczyków – czy ta muzyka może się komuś spodobać?

Elbow nigdy nie był specjalnie medialnym zespołem. Nie narzucał się, grając sobie kolejne, coraz smutniejsze dźwięki. Choć muszę przyznać, że poprzedni krążek, The Take Off and Landing of Everything, zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Podobno praca nad nowym dziełem odbywała się w cieniu odejścia z grupy perkusisty Richarda Juppa. Zespół nie zdecydował się na nowego członka, posiłkując się samplami i gościnnym stukaniem pana Alexa Reevesa. Czy wpłynęło to na charakter muzyki? W zasadzie tak, bo o ile na poprzednich płytach warstwa rytmiczna była dość zróżnicowana, bazująca na zabawach z brzmieniem instrumentu, o tyle „Little Fictions” opiera się na prostym, zapętlonym, choć solidnym bębnieniu. Produkcja bardzo dobra, okładka, hmmm, cóż, taka sobie.ELBOW

I tyle nowości. Reszta jest lotem w  najbardziej schowane, odizolowane zakamarki ludzkiej duszy. Nie wiem, co tam siedzi w głowie Guy Garveya, ale na pewno jest to jedna wielka, zajebiście przybita, sunąca przy ziemi melancholia. Większość numerów to indie sprzed lat, noszące wyraźne piętno Radiohead z okolic „Amnesiac”, gdzieś przewiną się spokojniejsze dokonania późnego Stinga i delikatne odbicie Talk Talk a wszystko zostało dodatkowo ubrane w wyciągnięty z szafy, nienajmłodszy kubraczek smyczkowych orkiestracji, co jeszcze bardziej dodaje muzyce takiego, nazwijmy to, kanapowo/kapciowego charakteru. Plusy? Miejscami jak zwykle fajne dłubanie aranżacyjne, doskonałe instrumentacje gitarowe i kojący charakter materiału. Jeśli coś się wyróżnia, to początek z „Magnificent” i „Gentle Storm” na czele oraz hipnotyzujący „Kindling” na koniec. Reszta buja, uspokaja i gdzieś nam ucieka. Recenzje płyty to skrajności – od zachwytów (w mniejszej części) po miażdżenie z odmienianym na wszystkie sposoby słowem „nuda”.  Cóż, wydaje mi się, że narzekanie jest poniekąd słuszne, ale przyznam też, że charakter płyty to w żadnym razie wypadek przy pracy; Guy z kolegami zagrali dokładnie to co chcieli. A ja słucham ich dokładnie wtedy, kiedy mam podobny nastrój i chcę na moment uciec od zgiełku. Nic poza tym. Bez punktów bo nie jestem psychiatrą, żeby wyceniać melancholię.

Arek Lerch