EL VY – Return To The Moon (4AD/Sonic Records)

Jeśli za robienie muzyki zabiera się ktoś taki jak Matt Berninger, nie może być mowy o porażce. Owszem, nie każdemu spodoba się lekko przytłumione, mocno syntetyczne granie, jednak od razu słychać, że gość ma talent. Co udowodnił zresztą razem ze swoim podstawowym składem – The National. Czyli wszystko jasne – kolejna płyta – skok w bok znudzonego muzykanta. Może i tak, ale tym razem efekt jest przynajmniej dobry.

Ponoć Matt pomysły na swoją płytę zbierał latami, pracował nad nimi podczas tras z The National a dodatkowym bodźcem była znajomość i współpraca z Brentem Knopfem z Menomena. Wspólne trasy i wieloletnia kolaboracja muzyków w końcu zaowocowały projektem El Vy i płytą „Return To The Moon”, która – jak to przygotowywany latami materiał – zawiera wszystko co możemy sobie wyobrazić. Na szczęście – w tym przypadku ów groch z kapustą smakuje całkiem nieźle i nie ma po takim daniu wzdęć.El Vy band

Przede wszystkim – obyło się bez presji; nikt na nikogo nie naciskał, dlatego taki swobodny miks różnych, czasami skrajnych pomysłów prezentuje się bardzo ciekawie. Bo zestawmy sobie surowy, brzmiący niczym syntetyczny Jack White song „I’m the Man to Be” ze spokojną balladą „No Time to Crank the Sun” i już robi się przyjemnie. Albo mocny, shoegaze’owy rock „Happiness Missouri” z lekko funkującą, wesołą piosenką tytułową. Gra kontrastów towarzyszy nam przez cały album. Słychać, że wspomniany funk mają w żyłach („Need a Friend”), ale dbają przede wszystkim o klimat, czasami lekko gotycki („Paul is Alive”) to znowu, lekko kabaretowy (woodewilowy „Silent Ivy Hotel”). Są też zwyczajne „po prostu piosenki” – „It’s a Game” czy „Sleepin’ Light”. Największą zaletą płyty jest bardzo wysmakowana aranżacja i świetnie budowanie brzmień, jak na duet bardzo rozbudowanych, ale zawsze świetnie skomponowanych w trzymającą się kupy opowieść. Słychać też, że muzykom nie towarzyszyło jakaś specjalna chęć udowodnienia czegokolwiek, i ten wyczuwalny luz bardzo szybko udziela się słuchaczowi. Obijając się od post rocka po wysmakowane indie, Matt i Brent zachowują wiarygodność i choć nie jest to płyta, która zmieni oblicze współczesnej muzyki rozrywkowej, El Vy pozostaje świadectwem sensownego i nie wymęczonego skoku w bok. A pozycja The National i tak pozostaje niezagrożona.

Arek Lerch

Cztery