EHNAHRE – Douve (Crucial Blast)

Słuchając tegorocznego albumu Ehnahre, zacząłem się zastanawiać, gdzie przebiega granica metalowego eksperymentu, kiedy przestaje on być drogą obraną do konkretnego celu, a staje się celem samym w sobie i jedynie fanaberią artysty. Mówiąc prościej i dużo dosadniej – gdzie znajduje się miejsce, w którym wszelkie poszukiwania tracą sens, stając się już tylko zwykłym pierdoleniem? „Douve” należy do albumów, które na pewno nie przynoszą odpowiedzi na tego typu pytania.

Muzycy pochodzącego z Bostonu zespołu w pełni świadomie odrzucili jakiekolwiek kompozycyjne ramy i struktury, wyrzekając się nie tylko klasycznego układu zwrotka-refren, ale w ogóle łamiąc na wszelkie możliwe sposoby wszystkie istniejące zasady. Nie przesadzę twierdząc, że jedyną przyświecającą im zasadą jest właśnie brak tychże. Urywające się nagle dźwięki? Żaden problem. Wybuchające bez ostrzeżenia ataki wściekłych partii wokalnych? Proszę bardzo. Pojawiające się znikąd łamanie rytmu, tudzież brak jakiegokolwiek? Mówisz i masz. Zresztą, jak inaczej może brzmieć album, który próbuje łączyć sludge, drone, noise, jazz i black metal, w dodatku w proporcjach, które uznać należy za bardzo elastyczne?ehnahre_promo_01

„Douve” to płyta w pełni szalona, nagrana zapewne przez równie szalonych ludzi i być może dlatego stosunkowo ciężka do przebrnięcia. Zdarza się, że pojawiają się naprawdę wyborne pomysły – przejmujące partie wokalne w końcówce „I Saw You”, oryginalne podejście do instrumentów smyczkowych w „The Black Princess/Fountain Of My Death”, wreszcie partie, które z czystym sumieniem można nazwać metalem w „I See You Disappearing”, gdzie zderzają się ze sobą intensywność black metalu i sludge’owy ciężar. Właściwie są to jednak pojedyncze utwory lub wręcz ich fragmenty, a nad „Douve” unosi się wszechobecny chaos, czasem naprawdę fascynujący, kiedy indziej zupełnie niezrozumiały. Przyznam, że uszy mam przyzwyczajone do ciężkich gitar i pewnie dlatego więcej sensu znajduję pod koniec albumu, gdy do głosu wyraźnie dochodzą inspiracje sludge czy doom metalem. Również kompozycje stają się wtedy bardziej regularne, wychwycić można pewną powtarzalność i konsekwencję. Większa część płyty unurzana jest jednak w drone’ach i niemal free jazzowych partiach pianina, wspieranych przez niespodziewane opętańcze wokale czy gitarowe ataki. Co ciekawe, równie ważnym składnikiem „Douve” co dźwięk, jest cisza, którą Amerykanie posługują się całkiem umiejętnie, stawiając dzięki niej fundamenty pod kolejną ścianę hałasu. Zdarza się, że atmosfera oparta jest właściwie tylko na kilku dźwiękach, kiedy indziej natomiast przytłacza niezwykłą rzadko spotykaną intensywnością. W ten sposób można roztrząsać tegoroczne wydawnictwo Ehnahre właściwie bez końca, bowiem – jak już wspominałem na samym początku – szaleństwo i chaos to jedyne niezmienne cechy „Douve”.

Jeśli muzykom Ehnahre przyświecała jakaś przewodnia myśl, nie jestem w stanie jej do końca zrozumieć. Być może za bardzo przyzwyczajony jestem do nieco bardziej tradycyjnego podejścia do tworzenia ciężkiej muzyki, a być może nie jestem po prostu wystarczająco szalony. Nie zmienia to jednak faktu, że chore wizje Ehnahre są na swój sposób intrygujące i z każdym kolejnym przesłuchaniem stają się jakby ciut bardziej logiczne, a człowiek zaczyna rozumieć, że być może w tym wszystkim jest jakaś metoda.

Michał Fryga
Trzy i pół