EDITORS – The Weight of Your Love (Play It Again Sam/Mystic)

USA mają swój The National a Anglia – Editors. Tak w skrócie można podsumować stan majątkowy mocarstw. Jeśli chodzi o muzykę. Kiedy jednak wejdziemy w szczegóły, okaże się, że o wiele bardziej skomplikowaną sytuację ma indie rockowa gwiazda z Brimingham. Najnowsza, czwarta płyta grupy jest świadectwem zmian, ale także i pewnych rozterek, jakie targają muzykami. Na razie z pozytywnym skutkiem.

Editors ma dwa problemy, które zaważyły na obliczu „The Weight of Your Love”. Po pierwsze – nastąpiły zmiany w składzie i to dość znaczące – z zespołem pożegnał się kompozytor lwiej części utworów, Chris Urbanowicz, nastąpiło to po „In This Light and on This Evening”, którą zespół złożył syntezatorowy hołd Curtisowi, tworząc najlepszą płytę w dotychczasowej karierze. Dzisiaj powraca z materiałem tyle klasycznym, co także lekko zachowawczym. A jednocześnie rozbrajająco chwytliwym i dojrzałym.

Głównym atutem „The Weight…” jest oszczędność aranżacji. Editors nie bawią się w tworzenie piramidy dźwięków, starają się raczej dość interesująco rozplanować instrumentacje, które tylko momentami piętrzą się w gęstsze dawki hałasu. Zazwyczaj dominuje oszczędna gra sekcji rytmicznej i skąpo dawkowane plamy gitar i klawiatur. Ciekawostką jest duży ukłon w stronę aranżacji smyczkowych – występują one jako dodatek i wykończenie kompozycji („What Is This Thing Called Love”, „Honesty” ), ale też jako budulec dominujący (nieco za długa ballada „Nothing”). Jak można się było spodziewać, głównym elementem spajającym płytę jest nostalgiczny, nadal w kilku miejscach zimny klimat, sugerujący, że Editors pozostaje wiernym fanem Joy Division. W pierwszej kolejności atakują nas jednak te bardziej przebojowe, doskonale zaaranżowane tematy. Singlowy hit „A Ton of Love” słyszeli już chyba wszyscy, okazuje się jednak, że płyta kryje jeszcze kilka podobnie przebojowych fragmentów. Doskonały jest „The Weight”, z lekko syntetycznym posmakiem i nienachalną, ale wyrazistą melodyką. Kolejnym powerpalyem będzie zapewne „Formaldehyde”, najbardziej skoczny, radosny rzekłbym wręcz kawałek. Skoro przy obrysowanych grubszą kresą kompozycjach jesteśmy, wspomnieć należy o „Hyena”, chyba jedynym utworze, w którym chłopcy przypominają sobie, że do gitary można podłączyć przester. To w zasadzie wszystko w temacie przebojowości, bo reszta kawałków jest dokładnie taka, jak sobie mogliśmy wyobrazić – przestrzenna i rozmarzona („Two Hearted Spider”, „What Is This Thing Called Love”, “Sugar” czy akustyczny „The Phone Book”). Zespół celowo zrezygnował z większej wyrazistości, choć byłbym niesprawiedliwy zakładając, że chcieli po prostu „przeczekać”, tworząc dzieło poniekąd „przejściowe”. Z drugiej strony – co mieli zrobić po „In This Light and on This Evening”? Wybrali metodę pośrednią – nie dokonując radykalnego kroku, zaproponowali jak zwykle hipnotyczną muzykę, miejscami przesłodzoną, stosunkowo lekkostrawną ale jednocześnie niebanalną. Nie ma tąpnięcia, radykalnej zmiany (tak, jak w przypadku poprzedniczki…), tylko dojrzała, nadal smutna i wycofana, dźwiękowa pościelówa. Kiedy wybrzmiewały z rozmachem zagrane frazy „Bird of Prey”, zrozumiałem, że to skończony album poważnego zespołu.

I w tym miejscu należy się zastanowić, czy to jeszcze rock, czy wypadek przy pracy? Może nie obwąchali się dostatecznie w nowym składzie, może przesadzili w niektórych momentach, niepotrzebnie przedłużając (sztandarowy przykład – „Nothing”) piosenki, jednak czuję zmieniający się charakter muzyki i samych twórców, którzy zachowują się jak… dorośli i raczej mało rozrywkowi dżentelmeni. Dla osób lubujących się w mocnym uderzeniu będzie ten krążek niestrawny, jeśli jednak ktoś ma – tak, jak niżej podpisany – mentalnego kaca, który uciska z tyłu łeb, gwarantuję całą paletę doznań. Sama słodycz – że zacytuję klasyka.

Arek Lerch

Cztery i pół