EDITORS – In Dream (PIAS Recordings/Mystic)

Brytyjczycy od zawsze budzili silne kontrowersje, gromadząc całkiem pokaźne rzesze zwolenników, ale i zajadłych krytyków. Bo ciągłe urabianie schedy po Joy Division, nawet jeśli było atrakcyjne muzycznie, powoli zaczynało uwierać co bardziej oświeconych słuchaczy. Zapewne dlatego grupa zdecydowała się w ostatnich latach na kilka mocnych wolt, które pozwoliły im określić czego tak po prawdzie szukają. I tym razem chyba wreszcie się udało.

Nie ukrywam też, że jestem czymś w rodzaju „psychofana” Brytyjczyków, dlatego trudno mi zachować dziennikarski obiektywizm, jeśli kiedykolwiek takowy posiadałem. Do Editors przekonałem się w zasadzie dopiero po nagraniu „In This Light and On This Evening”, którym zespół po raz pierwszy mocno zawrócił, wywalając z aranżacji niemal wszystkie gitary. I tym brzmieniem jeszcze bardziej podkreślił swoje przywiązanie do przeraźliwie smutnego klimatu pod wezwaniem Iana Curtisa. Potem był powrót do rocka na The Weight of Your Love – coś w rodzaju okresu przejściowego, kiedy muzycy ostatecznie zdecydowali, że gitarowa muzyka ich już wcale nie kręci.Editors Band

„In Dream” to płyta kompleksowa, spójna i cholernie wkręcająca. Nie za sprawą szczególnie przebojowych tematów, bo w zasadzie żadnego singla z tego krążka wykroić się nie da. To po prostu monolit, nadający ponownie właściwe znaczenie słowu „album”. Słuchanie poszczególnych numerów nie ma sensu, ale wszystkie razem układają się w ciekawą, mroczą i jednorodną opowieść. Oczywiście, nie muszę dodawać, że tym razem aranżacje oparte są w 95% na elektronicznych zabawkach, sprowadzając żywe instrumenty – bębny i gitary – do roli okazjonalnych smaczków, pojawiających się w kilku miejscach. Najciekawszy jest w tym wszystkim fakt, że mimo pozornie plastikowego sztafażu, nowa muzyka Editors ma ewidentnie rockowe pierdolnięcie; posłuchajcie tej płyty głośno – toż to petarda o ładunku adrenaliny wyższym niż na niejednej, gitarowej i teoretycznie agresywnej produkcji. Klarowność przekazu potęgowana jest dodatkowo przez brak jakiegokolwiek ciśnienia – kawałki ciągną się bez dbałości o jakiekolwiek normy, zespół gra tyle, ile chce, nie bacząc na licznik. Pozorny spokój przykrywa emocje, głos jest mniej zimny niż wcześniej a melodyka daleka od stadionu. Może zabrzmi to dziwnie, ale Editorsi stworzyli muzykę w zasadzie niekomercyjną. Biorąc na warsztat elektronikę z lat 80., aksamitne brzmienia Depeche Mode, tradycyjnie już zimny, nowofalowy klimat, zespół wycisnął z tej mieszanki nową jakość, bez grama „wioski”, niepotrzebnych ukłonów w stronę dawnych czy jakichkolwiek fanów a nade wszystko – szczególnie w kontekście „The Weight of Your Love” morderczo spójną i niesamowicie dystyngowaną.

Jest taka kategoria płyt, o których mówi się „kochaj albo znienawidź”. Niewątpliwie zalicza się do nich „In Dream”; sądzę, że teraz polaryzacja między maniakami a hejterami będzie jeszcze większa. Płyta rewelacyjna, choć w zasadzie (i dlatego nie ma „Albumu Tygodnia”…) nie jest w jakimkolwiek stopniu odkrywcza. Rzecz stylowa, wciągająca i być może ponadczasowa. Czego im życzę.

Arek Lerch

Zdjęcie: Rahi Rezvani

Sześć