EARTH – Primitive and Deadly (Southern Lord Records)

Matka ziemia zrodziła wiele naprawdę złych postaci, które na trwałe zapisały się w kartach historii. Jednak, patrząc na drugą stronę medalu, potrafiła wydobyć z siebie także wiele naprawdę znakomitych i utalentowanych osobistości. Jedną z nich jest Dylan Carlson, który (możliwe, iż na jej cześć) utworzył grupę Earth. Wszelkim miłośnikom drone’u i potężnego, niskotonowego hałasu postać ta jest bardzo dobrze znana, traktowana przez nich niemal jak Gira przez fanów Swans. Choć przez lata brzmienie tego pierwszego uległo dosyć radykalnej zmianie, przez co wiele osób dalej wylewa swoją żółć poprzez internetowe zwoje, Carlsonowi udało się, i to z nie lada sukcesem, przymknąć usta wszystkim atakującym jego nowszą twórczość.

Wydany we wrześniu tego roku album „Primitive and Deadly” stanowi kolejny dowód na cholernie rozwojowy charakter jego kariery. Słuchając tegoż dzieła możemy powiedzieć bardzo dużo, jednak z całą pewnością nie to, iż jest wtórne. Recepta jest idealna: zostało to co dobre, przydatne i sprawdzone, natomiast cała reszta jest świeża jak owoce na targowym straganie. Dzieło składa się z pięciu kawałków, utrzymanych w potwornie wolnym tempie, lecz spokojnie, bo choć nie jest ono zabójcze, to daleko mu jednak do dynamiki „Special Low Frequency Version” . Mamy tu do czynienia z twórczością przywodzącą na myśl muzykę country, z dosyć mocno akcentowanym blues’owym zacięciem, wszystko to podszyte sludge’owym, bo o większej ilości ciężaru nie ma tu raczej mowy, klimatem. Zamiast ciężaru dostajemy natomiast kopnięcie kowbojskim butem z ostrogą w piasek, który uderza nas w twarz, przez co dusimy się i łzawią nam oczy. Uwierzcie mi, cały album brzmi jak nieco spowolniony soundtrack do westernu, który rozgrywa się w jakiejś kalifornijskiej pipidówie, gdzie „nie ma miejsca dla nas dwóch”. Weźmy na przykład pierwszy utwór, „Torn by the Fox of the Crescent Moon” – słuchając go, czujemy się jakbyśmy już trzeci dzień podróżowali na ledwo żywym koniu po pieprzonym Wielkim Kanionie, sami mając przywidzenia od nadmiaru słońca i braku wody. Bardzo klimatyczne i sugestywne jest więc to dzieło, bez dwóch zdań. Uwagę zwracają także goście, którzy udzielili się wokalnie na albumie, a wśród nich, między innymi, Mark Lanegan, znany niektórym z krótkiego epizodu w Queens Of The Stone Age czy wokalizowania w szeregach Screaming Trees, które nigdy chyba nie odniosło większego sukcesu.Earth

Warto polecić ten album wszystkim tym, którzy są wielbicielami twórczości Earth, począwszy od jego pierwszych, miażdżąco drone’owych dokonań po dzieła najnowsze, wkraczające nierzadko w bardzo różne rejony muzyczne. Także wszystkim tym, którzy z jakiegoś powodu są na Dylana i resztę obrażeni za dosyć swobodne podejście do stylistyki zespołu. Na koniec, wszystkim tym, którzy ich twórczości nie znają, a chcą poznać coś naprawdę wartościowego, bo choć najnowszy album ekipy z Seattle nie będzie uznany za „najlepszy album dekady”, Pitchfork też pewnie zapomni o nim w swoich podsumowaniach, to warto jednak poświęcić mu trochę czasu – odpłaci się to Wam z nawiązką.

Kevin Nazencew

Cztery i pół