EARTH CRISIS – Neutralize the Threat (Century Media)

Jeśli wasze gusta muzyczne ukształtowały lata ’90 (które, parafrazując trenera Ochódzkiego, miały i tam jakieś swoje plusy), pamiętacie zapewne sromotne rozczarowanie, jakie dziesięć lat później przyniósł ze sobą tak zwany metalcore. Ilu z nas nie mogło odnaleźć się w gąszczu nowych zespołów z głupawymi trzyczłonowymi nazwami, które miały wszystko – śpiewne refreny, skoczne riffy, modne trampki i bluzy z fikuśnymi logówkami – tylko nie metalowy ciężar i hardcore’ową moc? Dzisiaj cały ten nieszczęsny nurt wydaje się gonić w piętkę, do łask (i życia) powracają za to zespoły pokroju Earth Crisis, przywracające tej skompromitowanej muzyce jedynie słuszne wartości muzyczne, i nie tylko.

„Neutralize the Threat” śmiało kroczy po linii swoich poprzedników – i tych z zeszłej epoki, i „To The Death”, którym nowojorczycy przypieczętowali dwa lata temu swój powrót. Taki brak stylistycznej wolty to oczywiście ogromna zaleta tej płyty, bo i po co komu Earth Crisis w wersji progresywno-eksperymentalnej. Ciężkie, kanciaste, typowo „nowojorskie” riffy wzmocnione zastrzykiem sterydów z szatni Slayera i Pantery, thrashowe zagrywki sekcji rytmicznej, rewelacyjna produkcja i Karl Buechner, który oprócz soi i tofu pożera zapewne na obiad trzy pumeksy – wszystko to składa się na znakomite kompozycje, które nie zlewają się w jednostajną masę drętwej łupaniny. Gatunkowi ortodoksi mogą sobie kręcić nosem na podwójną stopę, triggery i solówki, ale absolutnie każdy kawałek na „Neutralize the Threat” to potencjalny koncertowy rozpierdalacz, a cały album bez problemu nadawałby się do odegrania na żywo w całości. W tym tkwi prawdziwa siła nowej płyty Earth Crisis – ograne do bólu patenty przetrwały próbę czasu, napędzane autentyczną energią i zaangażowaniem, nie zaś próbą przejścia do historii muzyki. Potraktujcie więc tę recenzję czysto informacyjnie – oto jeden z najważniejszych przedstawicieli nowojorskiego hardcore’a wydał nowy album, który nie jest ani lepszy, ani gorszy od wcześniejszych, równie wtórny i tak samo żywiołowy i napompowany sterydami. Świat zapewne poradziłby sobie bez reaktywacji Earth Crisis, nowych płyt Integrity, Terror czy Hatebreed, ale życie tych nielicznych, którym grzywki i trampki nie w smak byłoby o wiele smutniejsze.

Bartosz Cieślak   4,5