DYSTROPHY – Wretched Host (Selfmadegod Records)

W kontekście rocka, metalu też, jak bumerang powracają słowa, że wszystko co świeże, definiujące gatunek zostało zagrane już dawno temu a twórczość współczesnych muzyków jest niczym innym jak ciągłym powtarzaniem dawno już wymyślonych reguł. Można się z tym twierdzeniem nie zgodzić, ale jeśli ktoś poświęca dużo czasu na przeszukiwanie półek z muzycznymi nowościami, zgodzi się, że dzisiaj natknąć się na rzecz naprawdę oryginalną to jak trafić szóstkę w totka. Inną kwestią jest to, że dziś większość zespołów reprezentuje poziom  „tylko dobry”. Dobrze zagrane, dobrze skomponowane, dobrze wyprodukowane płyty piętrzą się na półkach i porastają kurzem…

Dystrophy to zespół, który czas spędzony w metalowym high school przepracował bardzo efektywnie. Amerykański ansambl na swej drugiej dużej płycie jest bowiem bliski tego by chwycić byka za rogi i wyrwać się z kręgu boleśnie dobrych przeciętniaków, o których ludzie zapominają kwadrans po kontakcie z ich muzyką. Bliski, ale jednak w kontekście płyty jako całości nie sposób nie zauważyć, że w tej chwili Dystrophy to doskonały, death metalowy skład, jednak ciągle „mocno inspirowany”, co nadal wyraźnie słychać.
Gdybym te kilkanaście już lat temu nie zetknął się z „Unholy Cult” Immolation, dziś pewnie piałbym z rozkoszy słuchając „Wretched Host”. Tak się jednak nie dzieje i póki co zamiast rozkoszy wystarczyć mi musi lekka podnieta. Dystrophy do twórczości wspomnianych wyżej tuzów gatunku nawiązuje w bardzo czytelny sposób. Już w pierwszym na płycie numerze („Apex”) zespół czyni tak mocny ukłon w stronę otwarcia „Unholy Cult”, że zastanawiam się, czy ktoś tu jednak odrobinę nie przesadził? Rozumiem inspiracje, rozumiem to, że paleta barw jest tak naprawdę ograniczona, ale gitary w końcówce tego numeru brzmią niczym żywcem zerżnięte z twórczości Immolation. Prawdę mówiąc, taki chwyt poniżej pasa zespół powtarza jeszcze kilka razy. Wydawać by się mogło, że po takich zagraniach Dystrophy należy się wieczna dyskwalifikacja jednak paradoksalnie zbliżając się kilka razy do pozycji wiernego fana-kopisty, zespół jest w stanie obronić swój pogląd na death metal i za to należą im się brawa.D

Forma jaką tworzy Dystrophy to techniczny, brutalny death. O inspiracjach i podobieństwach pisałem wyżej, więc zastanawiacie się pewnie co sprawia, że mimo wszystko zamierzam bronić tej płyty. Otóż Amerykanie oprócz kilku niskich ukłonów wtłoczyli też we „Wretched Host” całą masę znakomitych pomysłów. Właściwie każda z warstw składających się na album to uczta dla fana gatunku. Gitary tworzą dość otwartą i karkołomną w gruncie rzeczy miazgę, która balansuje pomiędzy bulgocącym, szybkim riffowaniem a rozlazłą w niekończących się dysonansach przestrzenią. Owszem, nie jest to nic nowego, ale tak świadomego wyczucia dla death metalowej struktury dawno już nie słyszałem wśród młodych zespołów. Dystrophy wie gdzie przyłożyć ciężarem, gdzie zaatakować szybką, niszczącą frazą a gdzie upchnąć miażdżące solówki. Wszystko to sprawia, że materiał ten jest bardzo słuchalny, bardzo łatwo wchodzi się z nim w interakcję i zaczyna chłonąć brzmieniowe perełki, których zespół wyprodukował całkiem niemało.
„Wretched Host” to coś więcej niż tylko dobra płyta. Mimo – mam takie wrażenie – całkowicie kontrolowanego i dokładnie zaplanowanego potknięcia, jakim jest zbytnia poufałość w kontaktach z muzyką wspomnianych pionierów gatunku, zespół kreśli dość wyraźnie swój, może jeszcze nie własny, ale już bardzo wyraźny pogląd na death metal. I za to już dziś należą im się małe brawa.

 Wiesław Czajkowski

Cztery