DYING FETUS – History Repeats… (Relapse)

Za tak zwanych „moich czasów” głównym źródłem informacji o zespołach, na które z przyczyn metrykalnych się spóźniłem, były wywiady z muzykami. Jeden z drugim pytany o inspiracje i młodzieńcze fascynacje sypał nazwami, które oblewały lica rumieńcem i popychały do poszukiwań albumów po znajomych i kolegach od wymiany towarowej. Albumy z coverami były dla mnie zawsze czymś podobnym – oprócz wartości samej muzyki, jeśli ta była dobra, pozwalały one zajrzeć przez lufcik do świata artysty i podpatrzeć czego słucha, co go nakręca i ile jest znakomitych zespołów, których jeszcze nie poznałem. Pomijam tu oczywiście kurioza w rodzaju dzieł Six Feet Under, ale bardzo sobie cenię obie części „Leaders not Followers”, „Undisputed Attitude”, obie części „Fejioada Acidente?” czy ostatnio „Frammenti di Vita” i „Necrocovered”. Lubię płyty z coverami. .. i tylko Dying Fetus, kurwa, nie lubię.

Podstawowe pytanie w przypadku „History Repeats…” brzmi – po co właściwie ta płyta powstała? Jeśli chodzi o wartość edukacyjno-poznawczą, ta 22-minutowa EPka mówi nam, że ekipa Johna Gallaghera lubi Napalm Death, Cannibal Corpse czy Blot Thrower… doprawdy, jestem w szoku. To może chociaż fajnie słucha się odświeżonych klasyków? No też nie. Zespół brzmi, jakby wleźli do studia i z marszu odfajkowali nuta w nutę doskonale znane i na wskroś przedymane w sali prób klasyki. „Unchallenged Hate” wywołuje atak ziewania. „Gorehog” Broken Hope nie był dobrym kawałkiem, tym bardziej więc nie stał się nim teraz. „Twisted Truth” Pestilence zagłuszają absurdalna solówka i terkocząca stopa. Gdybym nie znał oryginału pomyślałbym, że „Unleashed Upon Mankind” war(hammer)metalowców z Blot Thrower opowiada o przepychance w nocnym autobusie. 44-sekudnowy autorski „Rohypnol” zaś to gniot, którego wstydziłby się grać początkujący polski zespół zapatrzony w Brodequin i Mortician. Na domiar złego, wszystkie utwory dobija dokładnie ta sama interpretacja wokalna, sprowadzająca linie Barneya, Willetsa i Mameliego do nieczytelnego bulgotania na niskich rejestrach. Zróbcie sobie przysługę i jeśli koniecznie musicie wysłuchać tej nieszczęsnej EPki, miejcie pod ręką antidotum w postaci płyt z oryginalnymi wykonaniami, które przypomną wam, że death metal potrafi być muzyką żywą i pełną feelingu.

Dwa punkty w końcowej ocenie wynikają z tego, że po pierwsze – są gorsze zespoły niż Dying Fetus, a po drugie – mimo wszystko nie pokarali nas jakąś prześmieszną wersją hardrockowego klasyka, co samo w sobie wypada docenić. Nie oznacza to bynajmniej, że „History Repeats…” jest wam do czegokolwiek potrzebny, pomijając względy kolekcjonerskie. Kto to widział, żeby fachowcy tak sfuszerowali robotę. Wstyd i hańba, wolałbym ocet.

Bartosz Cieślak   2