DUST’N’BRUSH – Exist For What You’ll Die For

Odwieczna walka dobra ze złem w naszym pięknym kraju nazwana być może nieco inaczej – odwieczne zmagania między nowoczesnym i oldskulowym metalem. Kto wygrywa a kto wycofuje się rakiem? W sumie nie wiem, jednak w kraju skórzanych katan i szatana całkiem nieźle radzą sobie bandy, które na ortodoksów działają niczym płachta na byka. Dust’n’Brush należy do tych ostatnich a za sprawą najnowszej ep – ki może swoich przeciwników dodatkowo wkurzyć poziomem wykonawczym i kunsztem kompozycyjnym.

Recenzując debiutancką płytę długogrającą zespołu „Filth of our Blood”, napisałem w podsumowaniu – „Technika, szybkość, melodia i brak oryginalności”. Dzisiaj w stosunku do nowych nagrań mogę te słowa spokojnie powtórzyć. Dust za bardzo nie zmienił swojej muzyki, to nadal deathcore, przez niektórych zwany melodyjnym death metalem. Na szczęście, owa melodia nie oznacza różowych majtek na czarnej skórze. Nie ma obciachu i przesady, owszem, trafi się wpadające w ucho, intrygujące solo gitary, klarowny i chwytliwy riff, na szczęście wokalista drze się jak trzeba i nie próbuje udawać, że bliżej mu do opery niż zsypu na śmieci. Słowem – materiał, na który składają się trzy kawałki jest solidny i przemyślany. Dojrzałość zespołu objawia się też w nieco prostszych formalnie aranżach, eksponujących raczej brutalność niż poziom techniczny. Ten ostatni jest nienaganny, ze szczególnym naciskiem na niezwykle sprawnego garowego. Zespół posiada wszystkie atuty, by stać się towarem eksportowym, czego im życzę, bo w tym kraju dla sceny hc będą za metalowi a dla szatanistów – zbyt hardcore’owi. I tego nic nie zmieni. Brutalna szczerość jest w moim przypadku podszyta pewnością co do poczynań Dust’n’Brush, bo widać i słychać, że chłopaki okrzepli, wiedzą co chcą robić i konsekwentnie to realizują. Być może nadal w tej muzie nie ma co szukać specjalnie oryginalnych, niespotykanych rozwiązań, to nie ten typ i miejsce.

Z zestawu najbardziej przypadł mi do gustu pierwszy numer „Walls Filled With Lies”, reszta nie odstaje i pokazuje, że zespół ma możliwości, żeby w swojej działce stylistycznej zarządzić. Wprawdzie w tym roku pojawiła się też płyta Drown My Day, która nawet mnie totalnie zaskoczyła, ale Dusty obawiać się nie muszą. Całe szczęście, w Polsce takiego melo – death – core’a nie jest zbyt dużo, więc szansa na miejsce jest. Ale o karierze na scenach zdominowanych przez czystej wody death metal chyba nie ma co marzyć…

Arek Lerch

Cztery i pół