DRUGS OF FAITH – Corroded (Selfmadegod)

Trio z północnej Virginii nie należy do pracusiów. Jeden mini album, split z Antigama i wreszcie pierwszy długograj. Lepiej późno niż wcale, tym bardziej, że muzyka zawarta na „Corroded” daleka jest od schematów i stanowi prawdziwy ból głowy dla maniaków szufladek.

Wejście w komitywę z tą płytą nie jest łatwe, chociażby z powodu dość drażniącego,  brzmienia – ten materiał to buldożer, a z takim trudno się zaprzyjaźnić. W pierwszym momencie wydaje się, że to kolejny, crust’owy band, tak brzmi  – zapewne dla niepoznaki – otwierający płytę „Greyed Out”, jednak zespół szybko wyprowadza wszystkich z błędu, za sprawą „Foreign Climates”, gdzie wymieszał i blasty, punkowego ducha ale i noise w duchu Hammerhead czy Unsane. Potem jest jeszcze ciekawiej. Szczególnie w utworach wolniejszych zespół potrafi zmielić mózg – „Hidden Costs”, „Vignette”, potężny „ Untitled” stanowią przeciwwagę dla tych bardziej gwałtownych ataków, takich jak „Giveaway”, „Anemic” czy „Farewell Kiss”. Za to w „Sight Unseen” Drugs’ dają upust fascynacji czystym, niczym nie zmąconym hałasem. Dobrze, że to tylko 20 – sekundowy dżingiel. Dla smakoszy grupa przygotowała także niespodziankę w postaci koweru kultowego His Hero Is Gone („Hinges”) z gościnnym udziałem znanego z Pig Destroyer JR Hayes’a.

Zaskakuje na tej płycie przede wszystkim rozplanowanie płaszczyzn instrumentalnych – lider, gitarzysta i wokalista, znany z Enemy Soil i Agoraphobic Noisebleed, Richard Johnson, zadowala się mało technicznym, ale za to mocno hałaśliwym napieraniem w struny, napęd zostawiając sekcji. Szczególne uznanie należy się rewelacyjnej basistce, która wydobywa ze swoich czterech strun dźwięki budzące respekt, zarówno pod względem technicznego opanowania (częste stosowanie sekwencji akordowych…) jak i monstrualnego, dudniącego brzmienia.

„Corroded” to trudny, oporny kawałek muzyki, takiej, do której trzeba przywyknąć, słuchać nawet wbrew sobie, tak, by przedrzeć się przez programową brzydotę, wchłonąć potężną dawkę duszącej agresji. Przypomina to trochę oswajanie dzikiego zwierza. Trzeba sporo cierpliwości, trzeba znieść zadrapania, nie dać się pogryźć, ale i wykazać się sprytem. Może to trochę dziwne podejście do sztuki, która w sumie ma nam przecież sprawiać przyjemność; ok, przyznam się – lubię muzykę, z którą trzeba się troszkę poboksować, bo wtedy zwycięstwo smakuje lepiej. Takie płyty dają gwarancję, że pozostaną z nami na dłużej i raczej szybko się nie znudzą.

„Corroded” to płyta, która stanowi dla Drugs of Faith potwierdzenie klasy i zwieńczenie kilku lat pracy. Było warto, tym bardziej, że – co może zaskakiwać – album zbiera za oceanem rewelacyjne recenzje. Widać, że nawet zblazowani i wygodni Amerykanie potrafią przekonać się do trudniejszych niż Bon Jovi dźwięków…

Arek Lerch 5