DROWN MY DAY – Forgotten (self released)

Drown My Day to jeden z reprezentantów death core’a na naszej krajowej scenie. Dodajmy – rzadkich reprezentantów…

Bez bicia przyznam się, że nie jestem jakimś strasznym fanem takiej stylistyki, bo mało który zespół potrafi wycisnąć z miksu death metalu i hard core’a coś porywającego. Oryginalność Drown My Day także jest dyskusyjna. Bo raczej z powodu techno – podobnego „Interlude” czy takowych wstawek w „Feel Poisoned” (tu akurat trochę słabo to pasuje…), czy ogólnie większej melodyjności materiału nie nazwę „Forgotten” materiałem nowatorskim. I jeśli nawet może to być odebrane jako przytyk, to płytka gości w moim odtwarzaczu całkiem często. A to dlatego, że chłopaki popisali się obłędną techniką gry („Forgotten But Not Forgiven”), która w tym przypadku tuszuje braki kompozycyjne, stawiając na miażdżący atak, zmasowane blasty, ołowiane riffy gitar (czasami lekko pachnące „gumowym” nu metalem jak w „Tear The Flesh”) i rozgniatające jaja breakdowny. Jeśli dodać do tego manierę w postaci ciekawie rozplanowanych gitarowych pasaży (gdzieś ciągle ten Frontside się kłania…) i wyraźniejszy niż na debiutanckiej płytce pociąg do death metalu – dostajemy w ręce odbezpieczony granat, który rozwali nam głowę. Jak wspomniałem na początku – fanem takiej hybrydy nie jestem, ale Drown My Day potrafi mnie przekonać. Zalecenia? Dłuższy materiał, lepsza (czyli mniej fantastyczna…) okładka, zachowanie dotychczasowego kursu i będzie doskonale. Dodam jeszcze, że po premierze internetowej przyszedł czas na wydanie fizyczne – dla kolekcjonerów…

Arek Lerch 4