DREGEN – Dregen (Caroline/Universal)

Tytuł ma chyba wskazywać, że mamy do czynienia ze swego rodzaju dowodem osobistym Dregena, wykazem tego, kim jest, co ma najlepszego, jakie są jego znaki szczególne. Prawda wygląda tak, że dowód ten jest mocno przyniszczony i tylko parę kartek wygląda w nim dobrze.

Na początek coś, co spowoduje żywsze bicie serc u fanów organicznego rocka z wykopem – w gościach w paru piosenkach jest Nicke Andersson! Panowie pisali i nagrywali razem po raz pierwszy od czasów początków The Hellacopters, czyli od bardzo dawna. Nicke zagrał też na bębnach w kilku kawałkach. Dobrze to wszystko zażarło i pewnie nie tylko ja jeden dodałem po przesłuchaniu „Dregena” w myślach pragnienie reaktywacji Hellacoptersów. Andersson jest nieprzejednany, więc pewnie nic z tego nie wyjdzie. To może Backyard Babies? Dregen zapewnił niedawno w mediach, że będzie nowa płyta tej formacji. I dobrze. Choć Szwed ma talent do pisania świetnych, rockowych numerów, lepiej mu to wychodzi, gdy jest częścią większego układu, w którym inne osoby też mają coś do powiedzenia. Układu stałego, nie zaś projektu powołanego do nagrania jednej płyty.

Może powyższa konstatacja jest nieco naciągana, ale faktem niezaprzeczalnym jest, że Dregen solo nie dorównuje poziomem Dregenowi z zespołu Michaela Monroe, czy Dregenowi z Backyard Babies. Rzucając uchem na album po raz pierwszy, pewnie niejeden się zdziwi, czego się czepiam, bo przecież jest ciepłe organiczne brzmienie (częściowo osiągnięte w legendarnych Hansa Studios), jest ostra gitara, fajne melodie, czad. Wszystko się zgadza Moi Drodzy. Z tym, że „Dregen” to taki lek o krótkotrwałym działaniu. Zrazu wyzwala w nas radość z kolejnej porcji energetycznego rocka, by bardzo niedługo później energię zyskaną wygasić. Gdy przyjdzie czas na refleksję, na zdanie sobie sprawy, że żarło, żarło i zdechło, jak mówią czasem redaktorzy internetowi o newsie (zwykle z celebryckiej działki), który ciągnął oglądalność w tempie ekstrażwawym, by w pewnym momencie stracić impet i popaść w zapomnienie. Dregen oczywiście jest zbyt dobrym muzykiem, aby osiąść w niezauważalnym kąciku mroków historii, ale jego solowy debiut szans nie ma zbyt wielkich na to, że zapisze się w naszej pamięci na długo.

Ok, czas, aby nieco konkretów muzycznych było. Dregen ma dobry start i niezły koniec. Stary wyga wie, co najlepiej zapada w pamięć. Akurat wybuchowy „Divison Of Me” z lekko tonizującym klawiszem, singlowy „Just Like That” o takim – rzekłbym – kokieteryjnym charakterze, jak i będący troszkę odwróconą zrzynką z „Detroit Rock City” Kissów „Mojo’s Gone” (tutaj na odgłosach radia się kończy), to Dregen jakiego uwielbiamy. Szwed skumulował w 10 piosenkach trwających nieco ponad 35 minut wpływy Sex Pistols, AC/DC, Hanoi Rocks, a także bluesa i… disco. I co ciekawe, bluesowy, zalatujący smrodem nowoorleańskich bagien „Flat Tyre On A Muddy Road”, w którym Dregen tworzy znakomity wokalny duet z Titiyo (tak, tą od meghahitu sprzed lat „Come Along”!) zdecydowanie się wybija i naprawdę mocno wciąga. Interesujący jest flirt z disco w stylu „Miss You” Stonesów albo „I Was Made For Lovin’ You” Kiss, czyli silnie nasączony erotyzmem „6-10”. Reszta, niestety, po prostu przelatuje przez nas. Niczym specjalnym się nie wyróżnia. Pół perfekcyjnej płyty, można napisać cytując pewnego znanego redaktora. A skoro tak, to i ocena wysoka być nie może. Dregen, dałeś mi parę miłych krótkich chwil, ale teraz czas już na powrót Backyard Babies!

Lesław Dutkowski

Trzy i pół