DREAMDECAY – NV NvVNV (Iron Lung Records)

Kolejna przesyłeczka z hałaśliwej Ameryki i kolejny zespół, który hołduje dźwiękom zaklętym w Magicznej Dekadzie. Ilość grup, które inspirują się amerykańską alternatywą z lat 90 – tych świadczy o tym, że ów okres w muzyce był/jest o wiele bardziej inspirujący niż lata 70 – te czy 80 – te. Być może to lekka przesada a nawet jakiś rodzaj patologii z mojej strony, ale fakty mówią same za siebie. Gdyby w magicznych laboratoriach Waszyngtonu, Chicago czy Austin nie odkryto możliwości gitarowego dysonansu, dzisiaj nadal słuchalibyśmy tylko „Appetite For Destruction”. Z całym szacunkiem dla Guns’ów…

Dreamdecay potwierdza towarzyszące mi od paru dni nieodparte wrażenie, że dopiero teraz, w 2014 roku zaczynam w pełni odkrywać ofertę minionych 12 miesięcy. W zajechanym iPodzie piętrzy się cała masa zespołów, które w 2013 roku wydały swoje płyty i co najmniej kilka z nich zasługuje na to, by się przy ich ofercie na momencik zatrzymać.

Rzeczone trio wystartowało w 2011 roku, w połowie ubiegłego wydali na świat długograja o dziwacznym tytule. Jednak to nie on, ani muzyka przykuły moją uwagę. Uczyniła to zaiste kuriozalna okładka. Uznałem, że zespół, którzy na swojej płycie umieszcza zdjęcie zmiętoszonego śpiwora rzuconego na jakieś gałęzie, musi być albo zdrowo popierdolony albo genialny. Dreamdecay sadowi się gdzieś pomiędzy wymienionymi stanami (nie)świadomości.

Atutem Amerykanów jest patologiczne potraktowanie instrumentów strunowych. Takich zgrzytów, sprzęgów i wykręcających szczękę dysonansów nie powstydziłyby się najlepsze, noise rockowe załogi z Amphetamine RR. Wszystko na tej płycie krzyczy, buczy i wyje. Rozkręcone na full wzmacniacze generują hałas totalny. Wokalista wrzeszczy jak zarzynany zwierz, bębniarz trzyma wszystko w kupie, nakręcając całą tą okrutną machinę i dając jej odpowiedniego kopa. Wszystkie atuty są na miejscu. Może utwory w rodzaju „Nvun”, „Ceilinvg Fan” czy „Perpetualnv” nie odkrywają niczego nowego, czego byśmy jeszcze nie słyszeli, ale swoją energią i szaleńczym rozedrganiem dają porządny zastrzyk adrenaliny. Wszystko tu jest wrzucone prosto w twarz, na pierwszy plan, dlatego może nie przynosi zbyt wielu odkryć w kolejnych przesłuchaniach, ale stanowi dobry przykład bardzo fizjologicznie potraktowanego noise rocka.

I tak można podsumować rzeczony krążek, gdyby nie dwa utwory, które wyciągają go na zupełnie inny, wyższy poziom. Mowa o „Nveedle” i zamykającym album „/”. Najdłuższe na płycie, przekraczające 7 i 8 minut kolosy, brzmiące niczym odrzuty z sesji Filth” czy „Cop” SWANS. Oczywiście, nieco przesadzam, ale ewidentny ukłon w stronę wczesnej twórczości Michaela Giry jest tak oczywisty, że w inne inspiracje nie wierzę. Jasne, że w porównaniu z upiornymi pierwowzorami, w 2014 roku takie nawiązania nie robią już wrażenia, jednak ponadczasowość dokonań Łabędzi, nawet w kontekście odtwórczej roli, pełnionej w tym przypadku przez Dreamdecay nadal mnie rusza. Wolny, transowy, naszpikowany gitarowymi zgrzytami walec, jaki funduje zespół budzi szacunek i uznanie. Zdecydowanie dwa najlepsze punkty tej płyty. I dla nich warto zniszczyć sobie słuch.

Arek Lerch

Cztery