DREAM ON, DREAMER – Loveless

Stawianie „Loveless” w tegorocznych zestawieniach najlepszych płyt może być dość poważnym faux pas. Kraj kangurów przyzwyczaił słuchaczy do – zazwyczaj – wypuszczania na świat samych dobrych zespołów. Jeszcze do niedawna, w ścisłym gronie najlepszych i jak na post-hc wybitnie unikalnych zespołów zaliczałem Dream On, Dreamer. Nie wiem, dlaczego panowie podążyli w kierunku bliższym kapelom z UK, w dodatku robiąc to nieco nieudolnie, stawiając na zbyt duży ładunek emocjonalny zamiast na progresywny i wykraczający poza core’a aspekt własnej twórczości.

To co ewidentnie nie pasuje do tego zespołu, czyli cała ta super-piękna-ckliwa otoczka, w ilościach śladowych byłaby ok., ale bez przesady – nie przez pół albumu. Poza tym, serio, breakdown za breakdownem w 2013 roku? Jeszcze kogoś to jara? Ja wiem, że ramy gatunkowe są jakie są i zarówno brzmieć jak i grać bez wykorzystania pewnych elementów po prostu nie wypada, ale bez przesady. Ku mojemu zaskoczeniu, od czasu do czasu panowie przypominają sobie o tym, że gitary służą do czego innego, a mianowicie do gęstego riffowania i grania solówek(„Moving On, Moving Far”). Żałuję, że tych momentów jest tak mało, bo słuchanie tego wyjca, który na siłę chce zrobić z tych utworów metalcore’owe love story po prostu męczy uszy i przypomina mi dlaczego większość metalheads nienawidzi takiego łojenia.

Nie odmówię Dream On, Dreamer sprawnego opanowania instrumentów, czy nawet próby wyjścia poza znany z poprzednich płyt schemat, ale nie zdzierżę nieudanych prób odkrycia siebie na nowo. Zespół, który po Parkway Drive dzierży(ł) palmę pierwszeństwa w Australii, powinien tworzyć dźwięki ciekawsze, nieodciążane tylko po to, aby trafić do szerszego (a da się?) grona słuchaczy. Innymi słowy – „Loveless” mocno rozczarowuje, nie zaspokaja apetytu na post-hc/metalcore, dlatego ląduje jeśli nie za oknem, to w koszu z promówkami, do których nie mam zamiaru wracać.

Grzegorz „Chain” Pindor

Dwa