DREAM DEATH – Somnium Excessum (wyd. zespołu)

Na „Somnium Excessum” trafiłem zupełnie przypadkiem, przeglądając listę zapowiedzi wydawniczych na rok 2013. O ile sama lista była w dużej mierze rozczarowująca, o tyle obecność na niej zespołu, który swoją poprzednią, jedyną w dodatku, płytę wydał 25 lat temu, była delikatnie mówiąc zaskakująca. Jeszcze bardziej zaskakujące były próbki nagrań znalezione na popularnym, „filmikowym” serwisie, świadczące o tym, że można powrócić z bardzo długiego „zimowego snu” w wielkim stylu.

Być może przyczynił się do tego fakt, że część muzyków pozostawała przez te lata aktywna, udzielając się w doommetalowym Penance, będącym czymś w rodzaju spadkobiercy Dream Death. Mamy więc do czynienia z sytuacją podobną jak w przypadku Autopsy/Abscess, czyli chodzi raczej o wskrzeszanie pewnego niedokończonego wątku, niż o udawanie nastolatków na fali nagłego zainteresowania zespołem. W przeciwieństwie do wyżej wymienionych, Dream Death nie doczekał się jednak tabunu młodych naśladowców, choć jakiś tam mikro-kult chyba się wokół nich na przestrzeni lat wytworzył. Cóż, nie sądzę, aby „Somnium Excessum” zawiodła kogokolwiek z wyznawców „Journey Into Mystery”. Być może nawet przysporzy im nieco nowych fanów, bo dzisiejsze czasy cechuje większa otwartość ludzi na tego rodzaju dźwięki. Co prawda wciąż mamy do czynienia z zespołem, który trudno jednoznacznie zaszufladkować, ale to, co było przeszkodą w latach 80., może być wielką zaletą w epoce kalki i homogenizacji.

Wiem, nie napisałem jeszcze ani słowa o muzyce. „Somnium Excessum”, choć wydaje się to niewiarygodne, zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończyła się „Journey Into Mystery”. Jednocześnie brzmi niesamowicie świeżo, będąc czymś więcej niż tylko próbą wykurzenia moli ze starego garnituru. Wciąż jest to dziwaczna hybryda doom metalu i silnych wpływów Celtic Frost, ale jednocześnie mamy do czynienia z zespołem celującym w coś więcej niż garść niezrealizowanych kuponów od dawnej twórczości. Nadal jest to muzyka szorstko obchodząca się ze słuchaczem, pozbawiona mile łechczących ucho motywów i wymagająca odrobiny cierpliwości. Pod pewnymi względami przypomina mi tegoroczny album Cathedral, pokrewny stylistycznie i także kryjący w sobie nagrodę dla wytrwałego słuchacza. Podobnie jak „The Last Spire” jest zresztą dla mnie „Somnium Excessum” manifestem dobrego gustu – począwszy od samej muzyki, na oprawie graficznej i brzmieniu kończąc (miło słyszeć na płycie z 2013 roku perkusję, która nie brzmi jak uderzanie kapciem w poręcz fotela).

Cholera, ja nawet nie jestem jakimś wielkim fanem doom metalu. Klasykami oczywiście nie wzgardzę, ale żeby dobrowolnie poddawać się tak mozolnym torturom w epoce smsów, Twittera i 20-sekundowych filmowych żartów z Youtube? Obwiniam Celtic Frost… Obwiniam pierwszy album Sheer Terror (nie, ich w to nie mieszajmy)… W każdym razie nie o mnie i o moje opinie tutaj chodzi, a o naprawdę dobrą płytę. Szkoda by było, żeby została przeoczona w natłoku szykowanych na ten rok wydawnictw z muzyka metalową. Płyt, z których większość nie jest pewnie nawet w połowie tak dobra jak „Somnium Excessum”.

Michał Spryszak

Pięć