DRAGGED INTO SUNLIGHT – WidowMaker (Prosthetic)

Dawno już nic nie sponiewierało mojej psychiki tak mocno jak „WidowMaker”. Można by po prostu napisać, że to pokręcony album pokręconego zespołu, ale trudno mi oprzeć się wrażeniu, że te muzyczne monstrum jest czymś więcej. Tylko czym? Chorym paranoicznym rytuałem, schizofrenicznie opętaną wizją? Prawdę mówiąc, nie wiem. Jest to jedno z tych dzieł, w które należy wtopić się każdym dostępnym zmysłem. Muzyka, której nie wystarczy słuchać, trzeba ją czuć. Jeżeli są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom, bez wątpienia jest to jedna nich…

 

Jeżeli do tej pory wyboiste ścieżki losu nie zetknęły Was z Dragged Into Sunlight, przygotujcie się na szok. Trudno jest sobie wyobrazić a tym bardziej opisać, co dzieje się na „WidowMaker”. Wiem, że w przypadku tej formacji nie jestem ani trochę obiektywny lecz przynajmniej spróbuję napisać parę słów, które być może staną się zaproszeniem do pokracznego świata mroku i chaosu; świata muzyki Dragged Into Sunlight.

Płytę rozpoczyna utwór-paradoks, skrajnie minimalistyczny blisko piętnastominutowy kolos złożony właściwie z pojedynczych zimnych dźwięków. Nieliczne, czysto wypowiadane słowa przeplatają się z porażająco wyobcowaną gitarą i okazjonalnie rozrzuconymi plamami elektroniki. Ciężar i przester gitar nie znajdują drogi do „Part I” i numer ten kończy się niknąc gdzieś pomiędzy słowami. Przez chwilę zaczynam myśleć, że płyta ta to jakiś surrealistyczny żart, w którym nie ma celu, początku i końca. Uczucie niepewności znika pod ciężarem pierwszego, obezwładniająco surowego riffu. Tak, Dragged Into Sunlight wie, jak gra się siarczysty metal i co więcej zespół nie waha się by z tej wiedzy skorzystać. Ciężkie, gitarowe doły przeplatają się z szybszymi, pokręconymi partiami; całość początkowo wydaje się być skonstruowana w wariacki sposób lecz wystarczy chwila, by duszna atmosfera zrobiła swoje i „Part II” wczepił się z jaźń niczym demoniczny pasożyt wysysający wolę życia. Uśpione pierwszą kompozycją zmysły zdają się ginąć pod naporem cholernie ciężkiego i surowego grania, któremu raz bliżej do death metalu w stylu Necrophagia, raz do wolnego transowego blacku a pod postacią wokalu pojawiają się nawet elementy grind core. „WidowMaker” słucha się tak, jak ogląda się dobry, kaleczący psychikę film. Jest to jedna z tych płyt, które wciągają od samego początku do końca, zaciekawiając złudzeniem ukojenia („Part I”) sprawiają, że razy, które spadają na słuchacza pod postacią „Part II” i „Part III” bolą po stokroć bardziej.

WidowMaker” to okno do świata strachu; świata, którego oglądać nie chcecie…

Wiesław Czajkowski

Pięć