DOPELORD – Magick Rites (Can’t Tell You Records)

Dopelord to kolejny, dość duży kamień wrzucony do rodzimego ogródka z napisem… Właśnie – stoner, doom, sludge… Sam już nie wiem, jak nazwać muzykę graną przez zespół, bo jedynym słowem, które ciśnie mi się na usta podczas lektury “Magick Rites” jest „bagno”. Może zatem „swamp metal”? Wreszcie zostanę ojcem jakiejś nowej, muzycznej szufladki…

 

Pomijając durne zabawy angielskimi słówkami, debiutancki wyziew kwartetu faktycznie od razu zabiera nas na bagniste, pełne trujących wyziewów, podmokłe i mało przyjazne tereny. Co ciekawe, znam coraz więcej osób, które z upodobaniem w takiej mazi lubią się nurzać. Nie wiem, czy muzycy Dopelord mają faktycznie krew przesiąkniętą magią a na śniadanie palną monstrualne jointy, dość, że muzykę tłuką rasową. W tym przypadku porównanie do Major Kong rodzi się niemal automatycznie, chociażby za sprawą bardzo surowej a jednocześnie plastycznej produkcji i marginalnie potraktowanych wokali. Nie wiem, gdzie powstało niniejsze dzieło, jednak gruz, ciężar i hałas, jaki produkują głośniki jest jednoznacznie idealny. Bardzo dobrze, że wreszcie producenci muzyczni zrozumieli, że komputer i plastik są dobre w przypadku gier a nie rasowej, „spoconej” muzyki. Idźmy zatem dalej w ten mroczny i zatęchły las.

Dopelord wychodzi od klasyki doom metalu, łącząc ponure, smutne jak mina pracownika Castoramy riffy z miarową, walącą po gębie sekcją rytmiczną. Wszystko to przewala się przez głowę, powodując, że mam ochotę zapuścić gęstą, długą brodę. Pogrobowcy Iommi’ego idą jednak dalej, imitując owe rytuały za sprawą sporej dawki psychodelii, snującej się gdzieś między wierszami – pogłosy, sprzęgi, jęki i zawodzenia są tu normą. Każdy dźwięk brzmi jak kolejny obłoczek pary z diabelskiego kotła. Przywołanie ciemnej strony mocy jest jak najbardziej na miejscu, bo zespół nie kryje, że takie – dla jednych śmieszne a dla innych całkiem smakowite – klimaciki są tu bardzo pożądane. Być może właśnie owa otoczka powoduje, że płyty słucha się przednio, choć muzycy niczego nowego nie wymyślili. Czasami owo perfekcyjne nawiązanie do złej, brudnej aury Nowego Orleanu i tym podobnych miejsc wystarcza, by polubić daną płytę – tak jest w tym przypadku. Fani Bongzilla czy Weedeater mogą na luzie szukać „Magick Rites”. Odjazd gwarantowany, skutki uboczne – na własne życzenie.

 

Arek Lerch