DOOMENTIA – muzyka dla mas

Czasami trzeba się porządnie unurzać w smole, żeby docenić zalety mydła. Ostatnio czarcie i błotniste dźwięki omijały mój odtwarzacz, zatem czas na mały płodozmian. Czeska Doomentia Records to przykład wytwórni konsekwentnej w swoich wyborach i choć raczej mówimy o drugiej lidze współczesnego hałasu, to zawziętość w promowaniu kolejnych mniej lub bardziej podziemnych „odkryć” w tematach doom, sludge czy oldschool death metal, zasługuje na małą puentę i uznanie. Zapraszam zatem na krótki przegląd kilku ostatnich, świeżych bądź prawie świeżych bluzgów z wrzącego kociołka rogatego mistrza.

APHONIC THRENODY When Death Comes Klasyczny doom metal ma całe rzesze oddanych zwolenników, którzy wielbiąc dokonania Black Sabbath, składają hołd posępnym i smutnym jak nadwiślańska dola nutom. AT to w zasadzie nic nowego, tylko sprawne nawiązanie do kanonów gatunku. Jest zatem dramatycznie, łzawo i cholernie wolno. Zagrane z rozmachem proste kompozycje, w swoich najwznioślejszych momentach przypominają dokonania My Dying Bride i to zwolennicy takich klimatów mogą szukać na płycie „When Death Comes” czegoś dla siebie. Nie powiem, że odkryłem tu pokłady inspirujących dźwięków, bo kłamać nie lubię, choć sprawnej repetycji znanych pomysłów odmówić im nie można; jeśli mi czegoś brakuje to przede wszystkim jakiejkolwiek indywidualnej myśli. Niestety, to wszystko już było i nie sądzę, by grupie udało się podbić świat. Coś dla zatwardziałych fanatyków gatunku.

HORNS OF THE RHINO Summoning Deliverance Hiszpanie mają coś, co od dawna mi imponuje – wytrwałość. Grając muzykę, która jest w zasadzie odpychająca, regularnie nagrywają płyty i ciągle unoszą się na powierzchni. Osobiście, nadal jestem zwolennikiem oblicza, jakie zaprezentowali na „Weight of Coronation”. Dzisiaj załoga stoi w nieco za szerokim rozkroku, łącząc w swojej muzyce oldschoolowy death metal i zardzewiały sludge w swojej najbardziej odpychającej formie. Czyli zero jakichkolwiek melodii czy bardziej przystępnych harmonii. Rządzi przeraźliwy ciężar (doom’owe „Deliverance Prayer”, „Onward Through…”), tępe, death’owe łupanki w stylu „Exvenhstench” czy „Grim Foreigners”. Dochodzi do tego, że w takim „Their Tombs” brzmią jak jacyś zapomniani protoplaści metalu śmierci. Sęk w tym, że w swoich poszukiwaniach amuzycznego absolutu zapomnieli, że dzisiaj nawet najwięksi piewcy diabła na spowalniaczach starają się dorzucić do stawki coś co osłodzi takie tępe walenie w potylicę. Dlatego, co przyznaję bez ogródek, propozycja Hiszpanów jest dla mnie zwyczajnie niestrawna w dawce dłuższej niż 10 minut. A przecież i w tak przeraźliwie smutnych i woooolnych rejonach można błysnąć piekielną inteligencją, co udowodnił na swojej ostatniej płycie zespół RWAKE. Cóż, z Hiszpanii do USA daleka droga.skladak

USURPRESS Ordained Uciekinierzy ze stajni Selfmadegod nie odpuszczają, i z nowym kontraktem zgłębiają swoją narodową dumę, czyli… death metal. Red. Czajkowski, w swoim podsumowaniu roku 2014 ubolewał, że taka płyta przeszła niezauważona. Fakt, od jej wydania minęło kilka miesięcy a jakoś nikt kościołów nie pali. Co nie zmienia faktu, że zespół, w którym cztery struny szarpie znawca skandynawskiego metalu – Daniel Ekeroth – w zasadzie niczego nie zmienia, dodaje jedynie swojej propozycji nieco większego rozmachu i gra te toporne jak pierd pijaka, oldskulowe napierdalanki. Nie rezygnuje z d-beatu i punka, który jest tu wyznacznikiem estetycznym („Eyless Spectator” czy „Storming the Mausoleum”), łączy wspomnianego obszarpańca z doom metalem („Ritual Warfare”), wreszcie miażdży kości niczym dorodny walec drogowy w „Fan the Flames of Madness”. Ale co ciekawe, coraz odważniej sięga też do pewnych, epickich, żeby nie powiedzieć progresywnych rozwiązań. Od czasu do czasu muzycy pokazują, że tkwi w nich wrażliwość, jakiej po takich neandertalczykach nikt chyba się nie spodziewał. Posłuchajcie chociażby epickiego „Lothorien”; trudno uwierzyć, że to cały czas ten sam zespół. I co najciekawsze, wcale nie mamy do czynienia z opcją kwiatek do kożucha. Najważniejszym jednak wyznacznikiem stylistyki Usurpress jest brzmienie. Chyba tylko Szwedzi potrafią tak dosadnie oddać ideę brudu w muzyce, przesyfionego i absolutnie garażowego ustawienia, które jest marzeniem każdego maniaka starego, dobrego metalu. Usurpress – nie wiem, czy to zasługa znającego historię Daniela – w idealny niemal sposób nawiązał do czasów, kiedy punk i metal spali w jednym łóżku i gzili się z tymi samymi dziwkami. To słychać na „Ordained” od pierwszego do ostatniego dźwięku. Faktycznie, szkoda, że taka płyta przepada w całym, muzycznym tumulcie ostatnich miesięcy.

SATHANAS Worship the Devil Jedyny w tym zestawieniu, wiernopoddańczy rogatego i czystego, starusieńkiego death metalu wprost z USA. Amerykanie parę lat kolaborowali z krajowym Paganem a teraz udają się do kraju knedliczków, gdzie podpisują lukratywny i opiewający na bajońskie (he, he…) sumy kontrakt, którego zwieńczeniem jest niniejsza płyta. I co? I nic. Maniacy Incantation i okolic strzygą uszami. Amerykańscy żołnierze, kiedy już niedługo urządzą sobie z naszych ziem poligon, zagrzewać się będą do boju z ruskimi, słuchając właśnie „Worship the Devil”. Death metal w swojej pierwotnej, topornej i całkowicie podziemnej formule. Żadnych skoków w bok, melodii, pokręconych solówek i takich aranży. Ma być kafar, co rozpieprzy czaszki? I jest. Do beczki wlewamy nieco thrashu („Written in Blood”, „Blessings of Doom”) odpalamy podwójne stopy i jedziemy na wojnę. Największą zaletą tej płyty jest względna transparentność kompozycji i stylistyczna biegłość. Nie ma znaczenia, że muzycznie grupa rozpina się między bolthrower’owo-incantation’owym mieleniem („Satan’s Cross”, „Marked by the Beast”) a niemal darkthrone’owym błazeństwem („Upon the Age of Darkness”). Cały czas wiadomo, że gra ten a nie inny zespół. Klasyk gatunku w bardzo oklepanej, ale nadal w jakiś dziwaczny sposób atrakcyjnej formule.

Arek Lerch