DoomDogs – Unleash the Truth (Doomentia)

Poświęciłem drugiej płycie DoomDogs masę czasu i rozebrałem sześćdziesiąt minut „Unleash the Truth” na części pierwsze, mając nadzieję, że wreszcie mną trzepnie. I co prawda z każdym kolejnym wgryzieniem się w krążek upichcony przez Szwedów jego smak wydawał mi się bardziej zjadliwy, ale w głowie zaczęła z czasem kiełkować jedna myśl: lepiej, żeby GG Eriksson zabrał się za pracę w Runemagick.

 

Dwójka DoomDoga zaczyna się bardzo obiecująco. Dynamiczny sabbathowy riff, fajnie punktująca sekcja, zadziorny wokal, masa charakterystycznej melodyki, jakieś zwolnienie, świetny refren i jestem niemal pewien, że padnę przed „Unleash the Truth” plackiem podczas codziennych modłów przed doom metalowym ołtarzykiem. Nic bardziej mylnego. Takie rock n’ rollowe petardy wymieszane są z nierównym materiałem z pogranicza Candlemass i Cathedral, który albo bardzo fajnie walcuje masywnymi riffami gitar („Welcome to the Future”), albo ciągnie się, jak flaki z olejem („Magic of the Black Circle”), usypiając nawet tak zatwardziałego fana gatunku, jak niżej podpisany. Zdecydowanie lepiej słucha się numerów, które – żonglując dynamiką – zaszywają się w odmętach lat ’70, pachnąc świeżym zielskiem i hektolitrami potu wylewanymi na próbach. Ciężko po prostu porównywać te dwa oblicza DoomDogs, bo o ile przy świetnej sekcji rytmicznej „The AnnieChrist” czy motorheadowym „Two-Wheel Wonder” bawię się znakomicie, to kawałki pokroju ultranudnego instrumantala „Legacy” czy okraszonego wrzaskiem Erikssona „Mind Slayer” prezentują się niczym potańcówka dla chorych na zaawansowaną osteoporozę, czyli do bólu mizernie. Ba, gdzieś w połowie albumu zacząłem zauważać, że nawet te mile bujające numery przestały intrygować, straciły element zaskoczenia i skomponowane są według utartego schematu: pół kilograma Black Sabbath, 200 gram Candlemass, pół szklanki Count Raven, szczypta solówki do smaku, outro do przybrania lub ćwierć kilograma Candlemass, ćwierć kilograma Cathedral, szklanka niepasteryzowanego wrzasku i szczypta pochodu basowego. Sęk w tym, że te nieco leciwe już przepisy nie przekładają się na maestrię kucharzy, ani wykwintność dań. Gdy słyszę Erikssona ciągnącego wrzaskiem swoje „You will Bleed” w „Mind Slayer” to zaczynam dochodzić też do wniosku, że być może gdyby ‘śpiewał’ na pierwszych płytach Cathedral, to byłbym zadowolony. Ale jak to się ma do tego, co można usłyszeć na „Unleash the Truth”? Niestety, tak sobie.

Drugi album Szwedów to, niestety, pozycja bardzo nierówna i na dłuższą metę nużąca. Krążek traci wszelkie walory zaskoczenia już po drugim, może trzecim przesłuchaniu, a z każdym kolejnym, mimo że płyta jest coraz łatwiejsza do przyswojenia, raczej nie zyskuje na jakości. To po prostu przyzwoity krążek, którego nie postawię na półce ani obok klasyków gatunku, ani obok kilku co najmniej dobrych płyt Runemagick. Tomas, nie wygłupiaj się – wracaj tam, gdzie twoje miejsce.

 

Dooban 3