DØDHEIMSGARD – A Umbra Omega (Peaceville)

Na wydanym osiem lat temu „Supervillain Outcast” brzytwa Ockhama pozbywała się wszystkiego, co mogło zakłócić nieskrępowany przepływ wściekłości i zła. Tym razem, na „A Umbra Omega” pracują nożyce Johna Zorna, ostrzone na patchworkowym „Godard/Spilane”. I jest klej, dużo kleju.

W obrębie dowolnego fragmentu muzyki zawartej na nowej płycie Dødheimsgard wszystko działa jak należy. Formalnie, poszczególne „bloki” muzyczne kipią od nieszablonowych pomysłów, paranoidalnego nerwu znanego z poprzednich wydawnictw Norwegów. Vicotnik swoje math black metalowe pochody z czasów Ved Buens Ende poszerza o zimną, uśpioną psychodelię spod znaku Religious Knives. Stosowane we wstępach do kilku utworów i poprzedzające „zasadniczy” materiał – metalowe tremolady z okresu „Monumental Possession”, wygrywane z nienaturalną prędkością, niczym polski dubbing do „Chip i Dale”, mogą uchodzić za rodzaj żartobliwego dystansu zespołu do własnej twórczości. O powadze sytuacji przypominają wykorzystywany już na „666 International” fortepian i wokalista Aldrahn, który deklamuje swój tekst w sposób niezwykle ekspresyjny i teatralny, jakby obdzierany ze skóry Gary Oldman z „Hannibal” w swym wisielczo-narkotycznym obłędzie recytował wersy Anthonego Hopkinsa z „Titus Andronicus”.D band

Rzec można, że wszystko jest w swoim zwariowanym, dodheimsgardowym porządku, (nie) na swoim miejscu. Tyle tylko, że miejsc tych jest jakby za dużo, a porozrzucane piękne przedmioty stają się własnym śmietniskiem. Wielowątkowość, różnorodność – wszystkie je przedkładam nad nudziarską klimatyczność. Jednak pomysł, aby lepić utwory z kilkunastu, nie zawsze pasujących do siebie fragmentów, uważam za chybiony. Czy owa koncepcja „A Umbra Omega” to wyraz projekcji chorego umysłu kompozytora, której zdrowy, uśpiony rutyną życia, nie pojmie? Być może zbytnio polegamy na symetrycznym myśleniu o świecie lub myśleniu w ogóle. Ale przecież muzyka Dødheimsgard uzyskuje tu walor paradoksalnie …intelektualny właśnie, który to – widziany oczami osoby traktującej persen jak ciężki narkotyk – stoi w opozycji do szaleństwa. To kunszt Vicotnika a nie jego stan chorobowy odpowiada za mistrzowskie budowanie napięcia, za konstruowanie schizofrenicznego świata, w którym ze swoją szemraną ciszą dobrze czuliby się i Tom Waits, i Einstürzende Neubauten.

W wariatkowie DHG brakuje mi wojny na miski z kaszą, obłędu na oślep w formie piosenek, które mogłyby zaproponować pacjentom opis choroby, który dobrze się czyta. „A Umbra Omega”, choć nie jest dla tych, którzy lubią mieć swój metal „odtąd dotąd”, sama – pocięta „tu i tam”, studyjnie okaleczona – traci na mocy, na sile wyrazu. Suma wspaniałych składowych nie przekłada się na wartość samej muzyki. Dziwnym trafem nie działa zasada „ile włożysz, tyle wyjmiesz”. Gdzieś po drodze ucieka horyzont muzyki, gdzieś traci się z nią więź. Jeśli ta w ogóle zdążyła powstać.

Kuba Kolan

Cztery