DODECAHEDRON – s/t (Season of Mist)

Nazwa zespołu pochodzi od greckiego słowa oznaczającego geometryczną bryłę o dwunastu powierzchniach. Ile twarzy ma pochodzący z Tilburga, metalowy potwór nie wiem, ale na pewno nie mniej. Krótki swój żywot muzycy okrasili jak na razie jedyną płytą, lecz obawiam się, że jej jakość może wkrótce przyćmić dokonania post i black metalowej sceny w Europie. Wiem, że rok się dopiero rozkręca, jednak już mam poważnego kandydata do tytułu czarciej płyty AD 2012. Przesada? Może. Egzaltacja? Jak najbardziej…

 

Black metal niejedno ma imię. To stwierdzenie jak ulał pasuje do płyty Dodecahedron. Zespół najwyraźniej postanowił spojrzeć na black ostatniej dekady, wyciągnąć z niego co najlepsze i połączyć  z własną, wirtuozerską, ale też i nieco paranoiczną wizją. Efekt? Płyta wciągająca, trudna i groźna. I choć zazwyczaj denerwują mnie pełne emfazy slogany wydawców, jednak tym razem porównania do tuzów awangardy w postaci Deathspell Omega czy  Dodheimsgard wydają się być jak najbardziej na miejscu.

Miażdżąca ilość pomysłów. Tylko to przychodzi mi do głowy, bo żeby w pełni zrozumieć długie, sięgające często 10 minut kompozycje, potrzeba nie lada uwagi i skupienia. Dodecahedron nie przejmuje się ograniczeniami percepcji i zabiera nas w świat zimny, zły, bajkowy i pokręcony jak sto diabłów, choć dla niepoznaki płytę rozpoczyna dość klasycznie brzmiącym, zblastowanym black metalem. Jedynie zdziwaczałe, absolutnie dysharmoniczne riffy ostrzegają słuchacza, że pozorna prostota aranżacyjna jest tylko wstępem do otchłani. Jeśli ktoś przez pierwsze minuty miał jakiekolwiek wątpliwości, już w połowie kawałka musiał zrewidować pogląd. Po chwili ambientowego „dronowania” muzyka zespołu nagle skręca w stronę gabinetu osobliwości, gdzie rządzi doktor satan a perkusyjno – gitarowa ekwilibrystyka powoduje zawrót głowy. Wszechogarniająca niepewność będzie towarzyszyć już do końca. Kolejny na płycie jest siedmiominutowy „I, Chronocrator” – rozbudowana forma, łączenie niemal klasycznych struktur w połamane piramidy hałasu, awangardowe myślenie o aranżacji. Czego tu nie ma… Pierwszą część płyty zamyka „Vanitas”, oniryczny temat, nasączony sludge’owym brudem mocno dołującym tempami. Niemal black – jazzowa opowieść snuje się zakamarkami umysłu, wprawiając w trans, będący w wydaniu zespołu symbolem wolności. Jeszcze tylko wokalno – elektroniczna inkantacja „Descending Jacob’s Ladder”, będąca przedsionkiem do zespołowego opus magnum i przechodzimy do „suity” zamykającej album.

Trudno byłoby mi opisać wszystko, co znajduje się w tych trzech aktach zebranych pod wspólnym szyldem „View from Hverfell”. Od maniakalnych temp począwszy, po dronowe wyciszenia i klimat idealny dla słabych psychicznie samobójców. Są szybkie momenty, kiedy zespół gna na oślep, jednak większość tych w sumie ponad dwudziestu minut to powolne schodzenie do piekła, wspomagane rewelacyjną, ale i lekko paranoiczną grą muzyków, którzy wypruwają ze swoich instrumentów dźwięki raczej mało normalne. Miejscami muzyka wydaje się być wręcz pojedynkiem tych bardziej klasycznych form z frazami wykrzywiającymi gębę niczym piołun. Ale czy ktoś powiedział, że black metal ma być kołysanką dla misiaczków? Absolutnie nie i mimo tych wszystkich szaleństw płyta Dodecahedron zionie takim zimnem (pomaga tu dość sterylna, ostra jak brzytwa produkcja…), że na słuchawkach po degustacji pozostaje szron.

Nie sądzę, że Dodecahedron zdobędzie większą ilość zwolenników, choćby za sprawą długaśnych, raczej mało przydatnych do skakania kompozycji. A jednak mimo tego uważam, że w temacie „poszukującego black metalu” ten krążek pokazał niesamowity świat i kolejne furtki, które można otworzyć. Nie jest to może tak odjechany strzał jak „Blackjazz” Shining, bo w kwestii muzycznej Holendrzy stawiają jednak na piedestale gitarowy zgiełk. Dużo pisałem o hałasie, powtórzę zatem jeszcze raz – pod kątem gitarowym ten krążek jest odpowiedzią na przynajmniej część poszukiwań szaleństwa zaklętego w umysłach gości z wymienionych gdzieś na początku kapel. Jednym słowem – rytuał, niepowtarzalność tematów, trans, otchłań. Ideał? Czarny obelisk.

 

 Arek Lerch  6