DIVINE WEEP – Tears of the Ages (Stormspell Records)

Trochę nie wierzę w to co słyszę i piszę, ale wreszcie doczekaliśmy się naprawdę przyzwoitego zespołu z pogranicza heavy/power. Nurt ten na łamach naszego portalu jest marginalizowany przy każdej możliwej okazji, czemu po wielu latach obcowania z tą często trącącą cepelią muzyką, się nie dziwię. Nie zmienia to jednak faktu, iż do wyboru angielskie, niemieckie, szwedzkie, amerykańskie czy włoskie łojenie patatajów z mniej lub bardziej symfonicznymi zapędami ma u nas spore grono wielbicieli, co widać przede wszystkim po ilości metalheads na koncertach. Ostatnie sztuki Helloween, Blind Guardian czy wszem i wobec równie nienawidzonego co kochanego Sabaton, dobitnie ukazują wiarę słuchaczy w ulubione dźwięki. Zatem, czy białostockie Divine Weep przypadnie im do gustu? Zdecydowanie tak.

W pierwszym akapicie zaznaczam, że „wreszcie” doczekaliśmy się solidnego reprezentanta heavy. Nie jest to do końca prawdą, bo obok bohaterów tego tekstu grasują panowie z Night Mistress czy Scream Maker, ale ani jeden, ani drugi zespołów z tego skromnego zestawienia nie może pochwalić się dwudziestoletnim stażem na scenie. Ponadto, czego brakuje zwłaszcza mocno zbaczającym w stronę hard rocka krzykaczom, w przypadku Divine Weep zgadza się absolutnie wszystko. Jest bardzo przyzwoity wokalista, który nie tylko umie, ale wie jak śpiewać po angielsku, mamy świetnych gitarzystów, którzy nie ograniczają się do kopiowania Grave Digger i Freedom Call, a całość uzupełnia potężnie brzmiąca sekcja – jak zawsze atut nagrań w Hertzu – a jakby tego było mało, chłopy wyglądają zdrowo i nie noszą się w obcisłych skórach jak wschodni koledzy z Wisdom. Na dodatek, co z początku nieco mnie zmyliło, grafika zdobiąca „Tears of The Ages”, gdyby nie miecz i tarcza, mogłaby sugerować spotkanie z zespołem co najmniej modern metalowym (żeby nie powiedzieć – metalcore’owym). Co z tego, zapytacie? Ano to, że przynajmniej w kwestiach poniekąd decydujących o tym jak postrzega się zespół z marketingowego punktu widzenia, Divine Weep swoim pierwszym longiem zapewnia sobie udany start w batalii o szerokie uznanie międzynarodowej publiczności. Słodyczy jak dotąd nie szczędzę, więc jeszcze z czysto kronikarskiego obowiązku dodam, że panowie mogą pochwalić się kontraktem z zagranicznym, amerykańskim wydawcą. Uff!ScreenHunter_1865 Jan. 18 08.20

Żeby nie było za różowo, choć lwia część debiutu białostoczan mile łechce moje heavy metalowe ego, słychać, że to, co kształtowało się na przestrzeni ostatnich lat, to tylko ambitna próba wyjścia przed heavy metalowy szereg. W tej części Europy, a zwłaszcza u naszych południowych sąsiadów, na nieszczęście kwintetu panuje spora konkurencja i na głównego pretendenta do miana kolejnej dużej rzeczy na miarę cenionego niemal w całej Europie, rodzimego Pathfinder, przyjdzie jeszcze poczekać. Wystarczy, że kolejny opus będzie tylko mrugnięciem w stronę fanów niemieckiego p2p, a o Divine Weep usłyszymy nie tylko przy okazji Zgierz City of Power Festival i recenzji w Metal Hammerze.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół