DISTURBED – Evolution (Warner)

Nie będę ukrywał, że nie lubię Disturbed, bo byłaby to nieprawda, ale po wielkim sukcesie w okolicy wydania „10,000 Fists”, niewiele później zespół zszedł, niestety, na dość konkretne manowce, rozmieniając się na drobne, a przy okazji docierając do szczytów radiowych list przebojów. Czy mam im to za złe? Nie, bo mając w składzie takie gardło jak David Draiman i perkusistę, grającego z mocą elektrowni atomowej w postaci Mike’a Werngrena, dotarcie do większego audytorium niż tylko metalowe, było tylko kwestią czasu. Ostatecznie, wspinanie się po szczeblach rockowej kariery doprowadziło do zawieszenia działalności, a następnie… po namowach głównie fanów i wytwórni, powrocie w najbardziej komercyjnym stylu, w dodatku z coverem, który pokazał najbardziej ckliwe oblicze grupy.

To jednak nie przesłania wizerunku zespołu jaki pamiętam, i prawdziwej kopalni hitów z pierwszych płyt. Oczywiście, psuje go, ale tak jak zmiana w In Flames dla wielu wciąż pozostaje nie do przełknięcia, tak to, co robi Disturbed, czy z przeciwnego bieguna Papa Roach to kwestia – czy tego chcemy czy nie – rozwoju. Niestety, tytuł siódmej płyty muzyków z Chicago wcale się do niego nie odnosi. Swoją drogą, to dziwne bo sami zainteresowani zapowiadali najbardziej różnorodne i jednocześnie na wskroś heavy metalowe dzieło w karierze, a dostaliśmy miszmasz nowoczesnego rocka, a rzadko kiedy metalu. Trochę mnie to dziwi, bo pierwsze dwa single zwiastowały co najmniej poziom „Immortalized” – płyty, o której w swoim czasie było głośno przede wszystkim ze względów produkcyjnych. Niefortunnie sound jaki proponuje Disturbed na „Evolution” nie tylko daleki jest od heavy metalu, co pokazuje kompletne zmarnowanie potencjału nie tyle drzemiącego w samym czteroosobowym zespole, co w osobie producenta Kevina Churko, stojącego za sukcesem m.in. Five Finger Death Punch.Band

I tu dochodzimy do sedna, bo siódmy album Disturbed to chęć przypodobania się absolutnie wszystkim, i gdyby to było możliwe zagraliby u nas na Openerze. Bez wstydu i raczej zjednaliby sobie całkiem pokaźne grono nowych fanów, lubiących dobrą melodię, solidny rytm i interesujące wokale. Odnośnie tych ostatnich prawdziwy popis swoich umiejętności Draiman pokazuje… w pół balladowych („In Another Time”, „Stronger On Your own”) kompozycjach, które powinni trafić na zupełnie osobne wydawnictwa. Nie tylko utrzymaliby komercyjny potencjał i dzisiejszy charakter twórczości grupy, co może byłyby łatwiejsze do przełknięcia dla starszych fanów, którym zadedykowano tutaj raptem dwa solidne utwory („The Best Ones Lie”, „No More”).

Na jaką ocenę zasługuje „Evolution”? Na słabą trójkę najwyżej. W pełni doceniam uniwersalność tych numerów, dbałość o ich nośność i tzw. mass appeal, ale gdzieś w tym wszystkim ulotniła się esencja Disturbed – masywne brzmienie i hymny z liniami wokalnymi, o których dyskutowało się przez długie tygodnie.

Grzegorz Pindor

Dwa i pół