DISFIGURED DIVINITY – Zapotectron

Pochodzą z austriackiej krainy, która dała światu Arnolda Schwarzeneggera. Jeśli będą równie zawzięci i uparci, jak sławny rodak, być może będzie im kiedyś dane cieszyć się podobnym uznaniem w skali światowej. Bo talentu na pewno odmówić im nie można.

Są tacy, i to nie jest żart, dla których brak ciągłego zajęcia jest niczym przyczynek do ciężkiej choroby psychicznej. Do takich osób należy George Misanthrope, wokalista, którego deathmetalowa brać może skojarzyć z dość znaną przed laty nazwą, czyli Miasma. George’a oczywiście dawno już w zespole nie ma, ale na brak zajęć na pewno nie narzeka. Wyznając etos DIY, atakuje starannie i ładnie skrojonymi press release’ami ludzi w różnych częściach świata, promując swoje nowe projekty. W ten sposób dotarł też do niżej podpisanego, ku radości tegoż. Najpierw jednak kontakt z George’em dotyczył jego innego zespołu, Raising The Veil, także mającego korzenie w death metalu, lecz o nieco innej proweniencji niż Disfigured Divinity.

George ma jeszcze jedną, jak to się dziś kolokwialnie i często mówi, zajawkę. Kręci go mianowicie kultura rdzennej ludności Ameryki Łacińskiej, a konkretnie Majów. „Zapotectron” to właśnie opowieść tym ludzie, tworząca swoisty tryptyk, którego poprzednie części Austriak stworzył pod wspomnianą nazwą Raising The Veil (bardzo udana ep-ka „Yucatanimvs”) oraz z grupą Destination Void (długograj „Xibalba”). Podkładem dla historii osadzonej przed wiekami jest naprawdę bardzo rzetelny melodyjny death metal, czerpiący w dużej mierze z dokonań wspaniałej szkoły szwedzkiej. Melodyjność ma kotwicę rzuconą przede wszystkim na wodach klasycznego heavy, najczęściej w porcie „Iron Maiden”, czasami przesuwaną w kierunku wysepki lżejszego thrashu z dużą ilością melodii. Fajnie skontrastowane są u Disfigured Divinity ostre, szorstkie wokale z melodyjnymi, w odpowiednich granicach gitarowe młócenie pokolorowane jest krótkim klawiszowym pasażem.

Brawa dla George’a za to, że dołożył wszelkich starań (czytaj: wyłożył z własnej kieszeni odpowiednio dużo kasy), aby „Zapotectron” odpowiednio zabrzmiał. Oprawa graficzna Remy’ego ze studia Headsplit Design (m.in. Arch Enemy, Psycroptic, Whitechapel, Cryptopsy) też jest na poziomie, który z dumą można prezentować w świecie. Disfigured Divinity rzecz jasna Ameryki nie odkrywa, nie wyważa nowych drzwi, burzy muru, etc., ale Austriacy naprawdę udanie odświeżają doskonale sobie znaną formułę, świetnie czują taką muzykę, a wyobraźnia podpowiada im czasami naprawdę fantastyczne melodie. Poza liderem Disfigured Divinity trzeba wyróżnić gitarzystów Bena i Christopha za to, co prezentują na krążku. W szczególności za takie kompozycje jak „Insignificance In Space And Time” i „Inconsistent Axioms”. Czekam na kolejną opowieść.

Lesław Dutkowski

Cztery