DIREWOLVES – Aegri Somnia (Throatruiner Records)

Kiedy dziećmi jeszcze bylim, mama do mojego młodszego brata, gdy ów się złościł, mówiła – złość się, złość, to ci się polepszy. Direwolves tej ludowej prawdy nie znają, bo na najnowszym albumie są niemal tak samo wkurwieni jak na „Me From Myself, to Banish” z końca 2012 roku. Kluczowy jest tu zwrot „tak samo”, bo w pewnym sensie obrazuje moje rozterki wobec nowej płyty Francuzów. Bardzo udanej i bardzo… oczywistej.

Direwolves należy do coraz szerszej grupy hardcore’owych szaleńców, którzy robią dużo, by z furią wyrzucić z siebie gniew, nienawiść i wszystko co nie-fajne, oczywiście, w takt muzyki szaleńczo agresywnej a miejscami nieco popierdolonej. Trudno nie zauważyć, że wszystko to odbywa się w myśl pomysłów wprowadzonych w życie przez hordy typu Weekend Nachos, Converge czy Trap Them. Punkowy wygar, hardcore’owy ciężar, wymieszanie d – beatów z blastami (tych akurat jest na „Aegri Somnia” malutko, raptem w „Endless Tragedies”…) i sowita dawka mroku, reprezentowanego z jednej strony przez zwichniętych emocjonalnie wokalistów, z drugiej przez pieczary z przedrostkiem „post”, grane w tempach neurozisowych. Taka mieszanka może być udana, ale trzeba sporego wysiłku, żeby zabrzmiało to autentycznie i przede wszystkim sprawnie, bo łatwo rzeczoną, krwistą rąbankę zamienić w bezużyteczną sieczkę.

Na „Me From Myself, to Banish” Direwolves wykonali zadanie niemal w 95% i recenzję rzeczonej płyty kończyłem sakramentalnym “czekam na więcej”. No i doczekałem się. Jest więcej nowej muzyki, tyle, że w sensie czysto fizycznym, bo zamiast odkryć coś nowego i posuwać zespół do przodu, Francuzi ze znawstwem okopali się w zdobytych już przyczółkach. Jeśli miałbym szukać czego elektryzującego, będzie to doskonałe dla takiej muzyki brzmienie i lekki odchył riffowni w stronę… black metalu. Tak pobrzmiewa baza kompozycyjna, ale akurat w zderzeniu z punkową furią, takie riffy stają się najjaśniejszym punktem płyty. Poza tym – w standardzie dostajemy firmowy zestaw.Dire

Jest zatem spora dawka popieprzenia w postaci „Insights”, jest trochę eksplorowania hc z domieszką d – beatu („The Blindness” z niezłym downbeatem w środku czy „Holy Treason”), są wściekłe tempa, przede wszystkim jest jednak połączenie napierania do przodu z post hardcore’owymi zwolnieniami („Sighs and Whisper”, „Thge Liar’s Choice” i „Face The Facts”). Sporo mieszania, choć bez wspinania się na wyżyny ekstremizmu w stylu ekipy Kurta Ballou. Może dlatego największe wrażenie robią kawałki, które dość jednoznacznie wyłamują się tej pstrokatej konwencji. Tak jak walcowaty „Echoed in Vain”, choć najciekawiej robi się już pod sam koniec płyty. „Light It Up” lśni świetnie pracującymi garami i zajebistym riffem, który w katalogu Direwolves zapisze się jako najciekawszy pomysł wychodzący spod paluchów M i J, bo pod takimi ksywami skrywają się wiosłowi kwintetu. Tuż za nim kroczy bardzo transowy „Keep It Clear” i… w zasadzie w ten sposób mijają 24 minuty zamykające nowe dzieło Francuzów.

Direwolves to typowy, współczesny band – sprawny, ciągle w drodze, grający niezliczoną ilość koncertów, co także może wskazywać na fakt, że muzyka jest pod tym kątem przygotowywana. Ok., brakuje trochę schizolskiego zakrętu Converge i smolistej depresji Trap Them, ale jeśli będą dalej szlifować swoje pieśni bojowe, to kto wie. No i na koniec jeszcze raz o moim dylemacie moralnym. W zasadzie płyta może mi się podobać, nie mam wątpliwości co do muzyki (ok., czasami mogliby wyjść poza standardowe 1 – 2 – 3 minuty…), oprawy graficznej, jednak ciągle przypominam sobie, że po debiucie miałem apetyt na coś zdecydowanie bardziej elektryzującego, co mnie może i znokautuje. Wychodzę jednak z tej potyczki zadowolony, ale bez rozbitej bani.

Arek Lerch

Cztery