DIRA MORTIS – Euphoric Convulsions (Let It Bleed)

Powodzenie death metalowego albumu zależy od wielu czynników, które wraz z rozwojem technik studyjnych i równoległym, szybkim „starzeniem się” samej, śmiertelnej formuły, stają się coraz łatwiejsze do zakwestionowania. Standardy brzmieniowe, wyznaczone przez ekipy typu Entombed czy Immolation są nadal kanonem, co dla wielu ekip jest progiem nie do pokonania. Dira Mortis jest w kontekście powyższych słów przykładem, na to, że dzieło skończone pod względem produkcyjnym nie jest kompletnie uzależnione od ilości kasy wepchniętej w kieszeń realizatora nagrań.

Wystartowałem od kwestii brzmieniowych, bo tłusta, soczysta i niesamowicie stylowa produkcja w pierwszej kolejności przekonuje do „Euphoric…”. Przyznam uczciwie, że mój dotychczasowy kontakt z zespołem ograniczył się do ep – ki „Revulsion” z 2001 roku, która skutecznie zniechęciła mnie do śledzenia ich poczynań. Te zresztą nie były specjalnie gęste – po drodze pojawiły się jedynie dema i splity. Dopiero w 2011 roku, za sprawą ep „The Cult of the Dead”, zespół powstał z grobu. Nową siłą sprawczą okazała się być sekcja rytmiczna Piotr Rajus/Krzysztof Saran, znana z napędzania wielu metalowych bandów, że wspomnę tylko o Abusiveness, Deivos czy Parricide (w tym przypadku tylko Wizun…).

Nie sądzę, że zespół osiągnie jakiś spektakularny sukces, ale spośród bogatej oferty death metalowych, drugoligowych formacji akurat oni mają szansę dać się poznać szerszej publice. Płyta skonstruowana jest wg klasycznych prawideł gatunku i aż puchnie od blastów. Dodajmy – ciekawie porozkładanych, bo obok wściekłego, niemal grindcore’owego okładania werbla, Wizun zapuszcza się w zatęchłe, oldskulowe łojenie, nadające muzyce nie tyle pędu, ile tego, jakże pożądanego zaprzaństwa. Muzyka nie nudzi i to jest dla mnie najistotniejsze. Ciekawe są krwiste riffy, które szczególnie w tych bardziej dołujących wolnych partiach kojarzą się z poczynaniami  ekipy Chrisa Barnesa. Motoryczne, wciągające mielenie dominuje na płycie,   jest przy tym bardzo stylowe, choć nie wychodzi też poza ramy gatunkowe – nawet Wizun, znany ze swoich karkołomnych zabaw cowbell’em (chociażby na płytach Deivos czy Parricide), tutaj bębni oszczędnie, korzystając z palety pomysłów właściwych stylistyce. Utwory składające się na „Euphoric Convulsions” połączone zostały świetnymi samplami, rozciągającymi się od gotyckiego mroku po industrialne zgrzyty. Mam tylko jedno zastrzeżenie – dlaczego te interludia, mające w założeniu łączyć poszczególne utwory, zostały chamsko pocięte indeksami – przyznam się, że te denerwujące pauzy mogły zostać pominięte; z technicznego punktu widzenia nie jest to przecież problem.

Euphoric Convulsions” opatrzona znakomitym, zainfekowanym zombie/gore’ową metaforyką obrazkiem, stanowi dla Dira Mortis nowe otwarcie i życzę każdemu takiego zdecydowanego startu w dorosłe życie. Chłopaki – co trzeba podkreślić – niczego nowego nie odkrywają, jednak znają się na swojej robocie jak mało który rzemieślnik. Może chodzi głównie o fakt, że jeszcze nie zostali przez ten biznes zmanierowani? Oby tak dalej…

Arek Lerch