DIOCLETIAN – War of All Against All (Invictus)

Death metalowy, lecz czarny jak smoła, album Nowozelandczyków mógł rzeczywiście powstać w roku 2010, jak mówi metryka, ale równie też dobrze dziesięć lub dwadzieścia lat wcześniej. Jego charakter nie wskazuje na to, by ludzkość odkryła cokolwiek po Blasphemy czy Sarcofago.

Bębny walą do przodu i bez opamiętania, jakby to miało wyjść z mody, a to, co robi bas i gitara było bez znaczenia, nie mówiąc już o wokalu. Liczy się tylko blastbeat i cuchnące metalowe ścierwo dla rogatego. Brzmienie jest, jak pan bóg przykazał. Piwniczne, nieokrzesane, podziemne i surowe, aż boli. Nie ma sztucznie napompowanego triggerami, ani studyjnymi wynalazkami ego. Jest smród, brud, syf, Sodoma i Gomora.

Wychodzi na to, że płyta zupełnie wtórna i kompletnie bezsensu, ale nie tak szybko! Minimalistyczny, zwierzęcy i śmiercionośny wytrysk zła, który serwuje Diocletian to odtrutka na wypolerowane, dopieszczone i nienaganne granie technicznych magików. Tak, jak na płytach Teitanblood, nie uświadczymy tu żadnych wysokich tonów czy przestrzennych solówek. Skrzywiony, upośledzony wręcz metal, latami trzymany w komórce, z dala od promieni słonecznych i jakiegokolwiek życia. Trudno tu wyłapać poszczególne ścieżki, a o tak zwanych smaczkach nie ma w ogóle mowy. Wszystko przygniecione gęstą i duszną atmosferą skrajnie akceptowalnej ekstremy. Wisienką na gnijącym torcie okazuje się być numer zamykający album, który zamiast tradycyjnie startować w wyścigach sprinterskich, jest mozolnym i człapiącym marszem w kierunku czekającego z otwartymi ramionami grobu.

Adam Drzewucki 3,5