DIETER MEIER – Out Of Chaos (Staatsakt/Sonic Records)

Wesołe jest życie staruszka… chciałoby się zaśpiewać, trzymając pierwszą solową płytę Dietera Meiera, który zdecydował się na taki krok w wieku lat 69. Oczywiście, chodzi o staruszka szwajcarskiego, w dodatku milionera, zaprawionego w scenicznych bojach, jakie zaliczył w duecie Yello.

Wspomniany zespół (dorobek imponujący – 14 płyt) zapamiętałem z jednego zaledwie teledysku (wiadomo – „The Race” z 88 roku…); w okresie, kiedy byli w polszy całkiem popularni, zupełnie inne hałasy były w mojej głowie. Mieli za to u mnie „wielki szacun” za koncerty a w zasadzie sceniczne happeningi – wyglądało to mniej więcej tak, że zdezorientowana publiczność oglądała siedzący na scenie duet, wznoszący na cześć audytorium winne toasty a w tle leciała… muzyka z płyt Yello. Zaprawdę, tupet budzący podziw nawet dzisiaj, w czasach, które niczemu się nie dziwią.

Widać, niespokojnemu Dieterowi zapragnęło się wydać coś pod własnym nazwiskiem i tak właśnie uczynił. Wykonał przy tym bardzo fajny krok, zapraszając nietuzinkowych muzykantów, wśród których uwagę zwraca Thomas Wydler, pałker towarzyszącej Cave’owi trupy The Bad Seeds. Produkcją płyty zajęli się trzej berlińscy producenci, zaś efekt jest… jak na Dietera przystało, mocno schizofreniczny, choć z przewagą zwyczajnie fajnej muzyki. Rzecz jasna, nerwowy, często chaotyczny tor poszukiwań Dietera pozostaje tu wątkiem głównym, stąd też miejscami dostajemy nieźle pogięty miks stylistyczny, który za mordę trzymany jest świetnym, „waitsowskim” mruczeniem Szwajcara.DM_show2

Z powyższych racji, trudno, żeby cała płyta wywarła na mnie jednakowo dobre wrażenie. Może „pojadę” od razu minusami. Kompletnie nie podchodzą mi te miejsca, w których muzyk przypomina sobie o tym, że jednak głównie kojarzony jest z elektronicznymi, czy nawet tanecznymi klimatami. Stąd też „Another Day” i „Jimmy” uważam za kompletne nieporozumienia. O ile pierwszy z numerów może jeszcze od biedy kojarzyć się z Yello, o tyle techno skrzywienie drugiego kawałka zwyczajnie boli. Na szczęście, więcej ewidentnych wpadek nie zaliczyłem; co ciekawe, na przeciwległym biegunie sadowią się utwory „Busy Going Nowhere” i „Loveblind”, które – może z powodu obecności Wydlera – kojarzą mi się z australijskim bardem. Świetne partie fortepianu, niepokojący klimat, podbijany przez głos Dietera, robią duże wrażenie. Dobrze przedstawia się oszczędna i hipnotyzująca ballada „The Ritual” czy motoryczny „Fat Fly”. Dieter bawi się możliwościami instrumentów klawiszowych, uciekając w rejony nieraz bardzo skrajne – dziwny walczyk „Anabelle” sąsiaduje np. z industrializującym, zaśpiewanym w dodatku po niemiecku „Schueffele”. W wielu miejscach podkłady zderzone z wyeksponowanym, niskim wokalem Dietera intrygują, szczególnie w kontekście produkcji płyty – brzmienie, ukręcone przez berlińczyków to mistrzostwo świata.

Dieter jest jak dobre wino – im starszy, tym ciekawsze pomysły do głowy mu przychodzą. Jasne, mógłbym czepiać się pewnych nierówności tej płyty, parę małych fragmentów bym usunął, jednak inwencja, zmysł i pomysły zaproszonych gości powodują, że powstał zestaw co najmniej ciekawy. Nie wystawię jej jakiejś wygórowanej oceny z jednego powodu – cały czas nie wiem, ile w tym wszystkim artyzmu a ile zwyczajnej zabawy w kotka i myszkę ze słuchaczem. Choć nie ukrywam też, że wolę zabawę pod flagą „Out of Chaos” niż Yello.

Arek Lerch

Trzy i pół