DIE HARD – Conjure the Legions (Agonia Records)

Poprzednia dekada była dla metalu czasem powrotów do lat pacholęcych, wyciągania z szafy podgryzionej przez mole katany z naszywkami, wytrzeszczania oczu i prężenia opasanych skórzanymi spodniami jaj. Wpisujący się w tę tendencję debiutancki album Die Hard nie był w zasadzie niczym więcej jak tylko zgrabnym hołdem dla pionierów blackmetalowego szaleństwa. Okładka kolejnej płyty Szwedów obiecuje co najmniej drugie tyle mocnych wrażeń i na pewno stanowi duży krok do przodu w stosunku do banalnej oprawy graficznej poprzedniego albumu, ale to nie oczy będą tutaj wystawiać ocenę.

„Nihilistic Vision” świata nie zmieniał, ale mógł się podobać. Pomogły w tym na pewno personalne powiązania z Watain (wtedy jeszcze nie stawianym w jednym szeregu z Dimmu Borgirami tego świata), ale trzeba uczciwie powiedzieć, że ta muzyka mogła obronić się i bez tego. Prawda jest taka, że nawet najbardziej wytarte metalowe schematy można z powodzeniem ekshumować, jeśli tchnie się w nie odrobinę ducha, tak jak robią to Aura Noir czy Nifelheim. Gorzej, jeśli podarta katana okaże się zbyt ciasna, a sprana koszulka Bathory pęknie na brzuchu podczas prężenia klaty.

Najnowsze dziecko Die Hard nie wpisuje się w żadną z tych skrajności. Można ten album postawić gdzieś pomiędzy starzejącym się metalowcem przeżywającym kryzys wieku średniego, a pełnym zapału młodzieńcem odkopującym metalową klasykę z entuzjazmem neofity. Może trochę mniej w tej muzyce żaru niż miało to miejsce na ich debiutanckiej płycie, ale zasadniczy kierunek został utrzymany. Wciąż kłaniamy się Venom, scenie thrashowej z zagłębia Ruhry i szwajcarskim miłośnikom czarnej farby pod oczami. Nihil novi sub sole.

Mnie, choć bardzo często sięgam po dokonania wyżej wymienionych klasyków, ta muzyka nie porwała. Najwyraźniej nikt tu nie zaprzedał duszy diabłu, więc i koncert w karczmie Rzym będzie można zagrać, a opasani katanami czterdziestolatkowie będą mogli wciągać kotlety w rytm „Conjure the Legions” bez obawy o przedwczesny zawał.

 

Michał Spryszak